Rodzinne żeglowanie na s/y Tinos

Kategoria: Wyprawa 2022 (page 2 of 2)

Morświny

Nagrodą za długie godziny na morzu spędzone podczas blisko 50-cio milowego przeskoku ze Stralslundu do Klintholm było towarzystwo morświnów u wybrzeży Danii.

Morświny nie skaczą tak jak delfiny i są trochę ciemniejsze, więc trzeba nieco wytężyć wzork, aby je dostrzec 😁🐬

Kierunek zachód i zwrot na północ!

Choć z pewnością każdy zakątek wybrzeża Bałtyku jest godny poznania, tym razem postanowiliśmy potraktować tereny położone najbliżej portu macierzystego dość pobieżnie. Po trudnym z powodu rozkołysu rejsie do Peenemünde, gdzie zatrzymaliśmy się w bardzo przyjemnym porcie północnym, przez wody Greifswalder Bodden oblewające od południa niemiecką wyspę Rugia, dotarliśmy do starego i pięknego miasta Stralsund.

Kontrola niemieckiego Coast Guard’u sprowadziła się do kilku rutynowych pytań
i obyło się bez wizyty celników na pokładzie…
Tinos w zacisznej marinie Peenemünde Nordhafen
Aby od wschodu wpłynąć do Stralsundu, trzeba przepłynąć przez podnoszony most łączący Rugię z kontynentem
Port w Stralusndzie (po polsku Strzałowie)

Choć mieliśmy ochotę na jego zwiedzanie, wiedzieliśmy, że jeśli nazajutrz nie dostaniemy się do Dani, możemy na kilka długich dni zostać zatrzymani w Niemczech przez sztormową pogodę. Podjęliśmy więc decyzję, żeby jak najszybciej wyruszyć w dalszą drogę. Wypłynęliśmy jeszcze przed wschodem słońca i uważnie manewrując po pełnych mielizn wodach cieśniny Strelasund (której nazwa, podobnie jak nazwa leżącego nad nią miasta pochodzi od połabskiego słowa „strela” czyli strzała) wypłynęliśmy na pełne morze.

To był długi dzień, a najbardziej chyba dała się we znaki konieczność korzystania z pomocy silnika na jego pierwszym etapie. Jednak gdy już złapaliśmy wiatr w żagle, z prędkością 5-6 węzłów mknęliśmy na północ. Konieczne było też przecięcie szlaku wodnego, po którym poruszają się sporych rozmiarów statki. Jest to moment stresujący, ale też fascynujący i budzący dużo emocji. Sporo emocji mieliśmy również na ostatnim etapie, kiedy coraz mocniejszy wiatr powodował coraz większe fale. Jednak widoczne były już wtedy wyraźnie białe klify wyspy Møn. A przed samym portem spotkała nas ogromna niespodzianka – towarzystwo morświnów!!! Trudno wymarzyć sobie lepszy początek przygody!

Tinos bezpiecznie zacumowany w Klinthom Havn na wyspie Møn

3,2,1… START!

To zaskakujące, ale miniony rok, który upłynął od momentu kiedy postanowiliśmy urzeczywistnić nasze rejsowe marzenie, zdawał się minąć szybciej niż ostatnie tygodnie i dni przygotowań. Te ciągnęły się niemiłosiernie. Lista spraw do załatwienia przed wyjazdem nie miała końca. A przecież planowaliśmy wyjechać na maksymalnie 4 miesiące!

Czy tych rzeczy nie mogłoby być mniej??

W końcu jednak dotarliśmy do Kamienia Pomorskiego, gdzie rozpoczął się ostatni, mozolny etap przygotowań – pakowanie jachtu. Trzeba nie lada cierpliwości do upychania całego ziemskiego egzystowania czteroosobowej rodziny na 28-stopowej łódce…

Parę kilo więcej balastu 🙂

Otuchy dodawała nam magiczna atmosfera wieczoru przed wypłynięciem – jego spokój, światło zachodzącego słońca, rechot żab i śpiew ptaków unoszący się na mariną to, mam nadzieję, zapowiedź dobrej podróży.

Otuchy dodawała nam magiczna atmosfera wieczoru przed wypłynięciem

Po analizie zapowiedzi pogodowych zdecydowaliśmy się wyruszyć, przez Dziwnów, na zachód do Świnoujścia. Tym razem pobytu tam nie będziemy niestety miło wspominać. Brudne łazienki w marinie to nie koniec naszych niezbyt dobrych doświadczeń. Najbardziej ubolewamy nad startą roweru – składaka, który miał nam towarzyszyć podczas rejsu. Po prostu zniknął. Nie wiemy co się z nim stało. Prawdopodobnie ma nowego właściciela, choć niektórzy podejrzewają, że wylądował na dnie basenu portowego, czego niestety nie potwierdziliśmy z nadzieją sondując odmęty portowej toni…

Portowy wózek był niezastąpiony podczas przewożenia bagaży

Kamień Pomorski – nasze miejsce na Północy

Odkąd Tinos pływa pod polską banderą, każdy swój rejs zaczyna w Kamieniu Pomorskim. To niewielkie miasto stało się nam więc szczególnie bliskie. Ale samo w sobie też jest miejscem ciekawym i skrywającym zaskakująco dużo, jak na swoją wielkość, tajemnic. Przestaje to dziwić kiedy spojrzymy na jego długą historię . Niestety zawierucha II wojny światowej nie oszczędziła Kamienia, a ogrom zniszczeń sprawił, że dzisiejsze centrum przypomina raczej osiedle mieszkaniowe zabudowane niezbyt wysokimi blokami. Mimo to  można znaleźć miejsca, które zdradzają prawdziwą duszę miasta. Do jej odkrywania wszystkich serdecznie zachęcamy!

Widok na Kamień Pomorski 1941 r. źródło: domena publiczna

Kamień Pomorski na karty historii wszedł jako gród słowiańskiego plemienia Wolinian. Plemię to wraz z innymi ówczesnymi mieszkańcami Pomorza zostało pokonane pod koniec X w. przez Mieszka I. Tym samym zajmowane przez nie ziemie zostały związane z historią Polski. Jednak tylko przejściowo. Po raz kolejny regiony te podporządkował sobie Bolesław Krzywousty, który miejscowych książąt uczynił lennikami. Zabiegał on mocno o chrystianizację Pomorzan, patronując m.in. misji Ottona z Bambergu – późniejszego świętego Kościoła Katolickiego. W tym czasie Kamień leżał w granicach Księstwa Pomorskiego. To właśnie tu swą siedzibę miał Warcisław I – pierwszy historyczny władca z tajemniczej dynastii Gryfitów. Tutaj też, po złupieniu Wolina przez Duńczyków w 1188 r., została przeniesiona siedziba jednej z najstarszych na obecnych ziemiach polskich diecezji.

Oficjalnie Kamień ulokowany został przez księcia Barnima I w 1274 r. na prawie lubeckim. Miasto wielokrotnie cierpiało w trakcie licznych przetaczających się przez region działań wojennych. Po śmierci Bogusława XIV – ostatniego z dynastii Gryfitów, na mocy traktatu westfalskiego miasto przypadło Brandenburgii i jako Cammin in Pommern i aż do 1945 r. znajdowało się pod panowaniem niemieckim.

Wrak dziewiętnastowiecznego żaglowca, a w tle gotycki ratusz

 Najważniejszym zabytkiem świadczącym o bogatej historii miasta jest gotycko-romańska katedry pw. Jana Chrzciciela wraz z otaczającym go Osiedlem Katedralnym. Choć obszar ten to zaledwie niewielki skrawek ziemi, lubię jego klimat, a sama katedra na pewno może budzić podziw. Dziś jest chętnie odwiedzana przez turystów. Ich uwagę przyciągają imponujące organy, wirydarz, który jest ewenementem, jako że został zbudowany przy kościele katedralnym (podczas gdy tego typu obiekty powstawały zazwyczaj przy klasztorach), obrazy słynnego renesansowego malarza Łukasza Cranacha Starszego, czy skarbiec, z którego pod koniec II wojny św. wywieziono bezcenne skarby. Niestety słuch po nich zaginął, co z jednej strony budzi ogromny żal, z drugiej jednak rozbudza wyobraźnię. Myślę, że poszukiwania zaginionych zabytków to zadanie dla współczesnego następcy Pana Samochodzika. Na razie sprawę bada polska policja (patrz np. książka „Zaginiony skarbiec kamieński”  autorstwa kom. dr Marka Łuczaka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie), a do historii skarbca nawiązuje również pełna pomorskich ciekawostek książka „Sekrety Pomorza Zachodniego” Romana Czejarka, w której autor próbuje odtworzyć losy wspaniałego zabytku – relikwiarza Św. Korduli. Sama święta patronuje zaś m.in. jednemu z pomorskich stowarzyszeń eksploracyjnych.

Za tym murem kryje się katedralny wirydarz

Jednak w szczecińsko-kamieńskiej konkatedrze (bo taką funkcję pełni kościół obecnie) znajduje się skarb, który jest dla mnie cenniejszy od wszystkich zaginionych zabytków. To dość nieduży, skromny, ale za to bardzo intrygujący obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego, który umieszczono w jednej z bocznych kaplic. Został przywieziony przez Polaków przesiedlanych po II wojnie światowej z leżących dziś na terenie Ukrainy Brzozdowiec, gdzie urodziła się moja Babcia. Tym samym, dziwnym zbiegiem okoliczności, mogę być tak blisko tego oddalonego geograficznie, ważnego dla mojej rodziny miejsca. Obraz jest dla mnie wyjątkowy i kiedyś z pewnością poświęcę mu więcej uwagi.

Poza katedrą, miasto nie posiada zbyt wiele zabytków. O dawnych dziejach świadczą pozostałości murów obronnych, a w jedynej z ocalałych baszt usytuowanej przy Bramie Wolińskiej urządzono prywatne Muzeum Kamieni. Warto tam zajrzeć nie tylko po to, żeby obejrzeć kolekcję, ale także żeby z góry spojrzeć na otoczenie Kamienia z innej perspektywy – zobaczyć wody Zalewu i Wyspę Chrząszczewską, u brzegu której z wody wyłania się ogromny, owiany legendami głaz narzutowy.

Godny uwagi jest również Hotel Pod Muzami mieszczący się w uroczej kamienicy na rogu rynku. Warto tam zajrzeć także ze względu na restaurację, gdzie serwowane są całkiem smaczne posiłki. Ozdobą rynku jest natomiast gotycki ratusz, który niestety uległ zniszczeniu w trakcie wojny, został jednak pieczołowicie odbudowany.

Dom pod Muzami

Ważnym miejscem na mapie Kamienia jest również Muzeum Historii Ziemi Kamieńskiej. Jego filią jest otwarty niedawno dla zwiedzających Dwór Ewalda Geogra von Kleista – znakomitego uczonego, który zasłużył się w badaniach elektryczności.

Jednak nie tylko historia miasta czyni go atrakcyjnym. Położone jest nad rozlewiskiem łączącej Zalew Szczeciński z Morzem Bałtycki cieśniny Dziwna. Jej wody i nadbrzeżne szuwary dają schronienie licznym ptakom, a brzeg razem z leżącym nad nią portem jachtowym są dobrym miejscem na spacerów. Nad brzegiem znajduje się też ciekawy obiekt – wrak XIX-wiecznego żaglowca, którego wydobycie i wyeksponowanie było dla okolicy nie lada wydarzeniem. Oczywiście do szwedzkiego żaglowca Vasa mu daleko, ale stanowi ciekawy element, który wzbogaca przestrzeń publiczną. Na koniec warto wspomnieć o Wyspie Chrząszczewskiej i wspomnianym już głazie, któremu miasto zawdzięcza nazwę. To kolejne powody, dla których warto udać się w te rejony. Zasługują one jednak na osobną opowieść…