Rodzinne żeglowanie na s/y Tinos

Miesiąc: wrzesień 2022 (page 1 of 1)

Baśń o Norwegii

Jadąc w głąb Norwegii pragnęliśmy poznać niezwykłą krainę – krainę baśni i legend, potężnej natury i zapierających dech w piersiach krajobrazów. Widoki, które podziwialiśmy w drodze przez góry Hemsedalsfjella sprawiały, że nasze marzenia coraz bardziej przeistaczały się w westchnienia zachwytu. Wysokość nad poziomem morza połączona z ukształtowaniem terenu oraz szerokością geograficzną sprawiła, że choć od Koła Podbiegunowego dzieliła nas wciąż spora odległość, mogliśmy już poczuć prawdziwe tchnienie Północy. Jechaliśmy pustkowiami, gdzie górskie skaliste zbocza porastają jedynie pojedyncze karłowate drzewa i krzewy, a niewielkie chatki, porozrzucane pojedynczo jak klocki w dziecięcym pokoju, uświadamiają samotność człowieka wobec potęgi przyrody. Te surowe przestrzenie zrobiły na nas ogromne wrażenie i wzbudziły zachwyt, który towarzyszył nam już do końca pobytu w Norwegii.

Piękne, surowe krajobrazy Norwegii

Za cel podróży obraliśmy miasteczko Lærdalsøyri, położone nad jedną z odnóg Sognefjordu – najdłuższego w Europie, a drugiego co do długości fiordu na świecie. Zanim jednak dotarliśmy do celu, czekała nas jeszcze jedna, nie lada atrakcja. W lesistych dolinach górskich tej części Norwegii odnaleźć można prawdziwe perełki – starodawne drewniane kościółki wzniesione w średniowieczu i stanowiące dziś bezcenne pamiątki czasów, w których miejsce nordyckich wierzeń przejmowało chrześcijaństwo. Te niezwykłe świątynie zwane stavkirke (co oznacza kościół słupowy inaczej zwany klepkowym), imponują nie tylko wiekiem, jak na drewniane budowle bardzo sędziwym, ale również unikalną konstrukcją, wzorowaną na konstrukcji łodzi Wikingów. Dzięki zastosowaniu technik mogących stawiać czoła morskim falom, kościoły przetrwały stulecia oddziaływania kapryśnej skandynawskiej pogody. Niezwykłe są również ich dekoracje, także zaczerpnięte z miejscowej kultury – zwieńczenia dachów wzorowane są na zdobieniach wikińskich statków, a motywy chrześcijańskie przeplatają się z pogańskimi.

W tej dolinie stoi najsłynniejszy z norweski stavkirke

Jeden z takich niezwykłych zabytków mieliśmy okazję odwiedzić w Borgund leżącym na dawnej królewskiej trasie z Oslo do Bergen. Świątynia powstała ok. 1180 r. i przetrwała do naszych czasów w niezmienionej formie. Wizyta w jej surowym, archaicznym i mrocznym wnętrzu była prawdziwą podróżą w przeszłość. Odwiedziliśmy także leżące w pobliżu kościoła niewielkie muzeum mieszczące ekspozycję pozwalającą zapoznać się z techniką jaka posłużyła do postawienia kościoła oraz przyjrzeć się kunsztowi dawnych skandynawskich snycerzy.

Wikiński kościółek w Borgund

Ta wspaniała budowla to jednak nie wszystko co oferuje okolica. Przez górskie pasma Filefjell prowadzą historyczne szlaki, które dzisiaj są wspaniałymi trasami spacerowymi. Jedna z nich wiedzie tzw. Drogą Wiatrów (Vindhellavegen), którą przez górską przełęcz można z Borgund dotrzeć do Husum. Wędrując nią mogliśmy nie tylko podziwiać malownicze widoki, ale także konstrukcję, po której poprowadzono ten wybudowany w latach 1840-1843 r. (a wykorzystującą fragmenty jeszcze starszej drogi) trakt.

Zawijasy Drogi Wiatrów ukazują jakie wyzwania stały przed dawnymi budowniczymi dróg i.. podróżującymi

Żeby zamknąć pętelkę i wrócić do Borgund weszliśmy na inny, również historyczny szlak: Sverrestigen – starą konną ścieżkę, nazwaną na cześć króla Sverre Sigurdssona, który, jak podają dawne sagi, miał ją przemierzyć w 1177 r. Trasa nie jest już tak spektakularna jak Droga Wiatrów, ale wiedzie przez bardzo ładne lasy tworzące iście baśniową scenerię. Z pewnością warto wyruszyć na taką kilkugodzinną wycieczkę. Możemy ją polecić wszystkim, którzy nie boją się dłuższych spacerów. Trasa nie jest trudna, choć ze względu na bardziej strome fragmenty może być wyzwaniem dla osób zupełnie nie przywykłych do górskich wędrówek.

Baśniowe lasy wokół Borgund

To był nasz ostatnim dłuższy przystanek w drodze do Lærdal gdzie planowaliśmy spędzić dwie noce. Udało nam się zarezerwować nocleg w znajdującym się na samym skraju miasteczka hostelu, tuż przy kamienistej plaży fiordu. Dolina, w której położona jest miejscowość to długi pas płaskiego terenu usytuowany między stromymi, poprzecinanymi wstęgami wodospadów, górskimi zboczami. Taka sceneria robi naprawdę duże wrażenie. Jest piękna, choć zachwycając się widokami doszliśmy do wniosku, że życie w cieniu tych skalnych ścian może być nieco przytłaczające.

Widok z okna na strome ściany fiordu i wcinające się w głąb lądu morze.

Atrakcją miejscowości, która usadowiła się na krańcu Lærdalsfjordu jest stare miasto składające się z kolorowych drewnianych budynków w charakterystycznym norweskim stylu. Spacer po ulicach miasteczka między tą zjawiskową zabudową to sama przyjemność. Zadbane obejścia i przydomowe ogródki tylko dodają temu miejscu uroku, a filigranowe wykończenia budynków kontrastują z otaczającą osadę przyrodą.

Kolorowe domki przytulnego miasteczka
Drewniana starówka Lærdalsøyri

Okolice miejscowości również obfitują z atrakcje. Żeby z nich skorzystać, nasz krótki pobyt na skraju Lærdalsfjordu wykorzystaliśmy do zrobienia małego wypadu po okolicy. Żeby nieco bardziej rozejrzeć się po tej części Norwegii, udaliśmy się na przejażdżkę do sąsiedniego Aurland, która sama w sobie była ciekawą przygodą. Chcieliśmy przejechać tzw. Śnieżną Drogę (Snøvegen) . Niegdyś była to jedyna droga łącząca te miejscowości, a przejazd nią był możliwy tylko w cieplejszej połowie roku. Dziś jest głównie atrakcją turystyczną, w trakcie której można przez cały rok podziwiać zimowe krajobrazy.

Lipcowy śnieg Aurlandsfjellet
W tym miejscu śnieg nigdy nie topnieje

Kolejnym ciekawym miejscem na trasie jest punkt widokowy Stegastein, gdzie z widokowej platformy można podziwiać Aurlandsfjord i przytulone do niego miasteczko. Widoki są naprawdę oszałamiające.

W tym miejscu można poczuć ogrom przestrzeni
Norweski klasyk – fiord w pełnej krasie. Zdjęcia nie oddają w pełni wspaniałości tego miejsca.

Zjazd do leżącego na dole miasteczka dostarczył nam sporo emocji, gdyż ruch w tym miejscu był niemały, a droga kręta i wąska. Mieliśmy nawet okazję utknąć w korku, ponieważ na trasie do Stegastein znajdowały się turystyczne pojazdy bardzo różnych gabarytów. Jednak ten osobliwy zator, w bardzo przecież sprzyjających „okolicznościach przyrody”, był jedynie humorystycznym incydentem w trakcie wycieczki.

Flåm to turystyczne centrum regionu

Przez leżące nad fiordem miejscowości Aurland i Flåm – kolejne piękne miejsca, które z pewnością warto odwiedzić – przejechaliśmy zatrzymując się jedynie na szybkie zakupy. Chcieliśmy jeszcze pospacerować po Lærdal, więc te dwa turystyczne ośrodki podziwialiśmy jedynie z okien samochodu. Do „naszej” doliny wracaliśmy nową trasą, która dzięki poprowadzeniu jej tunelem jest przejezdna przez cały rok, co w oczywisty sposób bardzo ułatwia życie mieszkańcom okolicy. Lærdalstunnelen jest przy okazji niemałą atrakcją turystyczną, gdyż dzięki 24,5 km długości jest obecnie najdłuższym drogowym tunelem świata.

Podróż wykutą w skale drogą

W okolicach Lærdal wytyczono wiele ciekawych turystycznych i spacerowych tras. Po zboczach gór poprowadzone są ścieżki, a stosowne tablice klarownie informują o stopniu trudności i atrakcjach poszczególnych szlaków. Wybraliśmy się na spacer jedną z nich, dając się ponieść norweskiemu friluftsliv – stylowi życia opartemu na kontakcie z przyrodą i ruchu na świeżym powietrzu. Po drodze odwiedziliśmy Mjølkeflathytta – drewniany domek z małą biblioteczką. Dla okolicznych mieszkańców z pewnością stanowi azyl, gdzie delektując się spokojem i pięknymi widokami, mogą oderwać się od zostawionych na dole problemów.
Podobnymi chatkami usiana jest cała Norwegia.

Po kilku dniach spędzonych w krainie wikingów udaliśmy się się w podróż powrotną do naszego pływającego domu. Żal było opuszczać ten fascynujący świat. Czekał jednak na nas poczciwy jachcik i kojąca Szwecja, której łagodne krajobrazy zdolne były wyciszyć emocje, jakie towarzyszyły wyjazdowi na Północ. Jak były duże, świadczą słowa zapisane w podróżnym notatniku w czasie bezsennej, jasnej letniej nocy:

niesamowite, przenikające doświadczenie oraz towarzyszące mu dojmujące uczucie obcowania z sacrum, wręcz poczucie, że człowiek nie jest godny obcować z taką siłą.

Kurs – Norwegia

Choć pomysł zrobienia sobie „wakacji w trakcie wakacji” wydaje się ekstrawagancją, mieliśmy ku temu istotne powody. Nasza podróż, mimo iż fascynująca, wiązała się ze sporym wysiłkiem – zarówno fizycznym, jak i organizacyjnym, nie mówiąc już o braku wygód. Pomijając wyczerpujące przygotowania do wyjazdu, w trakcie rejsu wciąż mnóstwo rzeczy trzeba było na bieżąco dogrywać i koordynować. Nie mogliśmy zrezygnować z ciągłego zachowywania czujność i nieustannej uwagi, by móc bezpiecznie pokonywać kolejne mile obcując z potężną przecież Naturą. Nie żeglowaliśmy wyczynowo, jednak po dwóch miesiącach jachtowego życia pozostawiliśmy z ulgą nasz dzielny jacht w Nyköping, by drogą lądową udać się dalej na północ. Zanim jednak obraliśmy zaplanowany kierunek, przybyliśmy do historycznej stolicy Szwecji Uppsali. Niestety jednak tylko po to, żeby odebrać nowy rozrusznik  silnika. Do starego straciliśmy zaufanie, gdy pewnego dnia jedną ze śluz kanału Göta musieliśmy opuszczać… używając pagajów.

No to ruszamy…

Jadąc do Norwegii chcieliśmy poznać surowsze oblicze Skandynawii, zobaczyć miejsca, w których narodziły się mroczne wierzenia zuchwałych Wikingów i podziwiać widoki, których sława rozniosła się po całym świecie – krótko mówiąc: poczuć tchnienie Północy. Jednak gdy w drodze przeczytaliśmy, że w najbliższych dniach w regionie, do którego zmierzamy ma padać śnieg, postanowiliśmy rozpocząć przygodę z Krajem Fiordów od jego stolicy. Choć mieliśmy ciepłe ubrania, martwiliśmy się, że zachmurzenie sprawi, iż  przemierzymy setki kilometrów jedynie po to, by „zobaczyć jak nic nie widać” (hasło z rodzinnej anegdoty o wycieczce w Tatry).

Skandynawia z innej perspektywy

Na razie jednak przemierzaliśmy zielone, leśne tereny, które stopniowo stawały się coraz bardziej górzyste.  Początkowo krajobraz przywodził na myśl nasze rodzinne strony – droga prowadziła pomiędzy zalesionymi górami, które nieco przypominały Beskidy. Teren był  jednak o wiele mniej zaludniony, co przypominało nam gdzie jesteśmy.

Wjeżdżamy do Królestwa Norwegii.

W końcu przybyliśmy do Oslo. Naszym przewodnikiem był Piotr, który dotarł tu w trakcie swojego pierwszego morskiego rejsu na harcerskim żaglowcu Zawisza Czarny. Pokazał nam dwa miejsca, które zrobiły wtedy na nim duże wrażenie. Pierwszym było Frammuseet – muzeum poświęconego historii norweskich wypraw arktycznych. Jego trzon stanowi specjalnie zaprojektowany i zbudowany na potrzeby wypraw badawczych statek Fram (norw. naprzód). Zbudowany został w 1892 r. na zamówienie Fridtjofa Nansena – odkrywcy, a później dyplomaty i działaczem Ligi Narodów (m.in. pomysłodawcy tzw. paszportów nansenowskich – międzynarodowych dowodów tożsamości dla uchodźców), który na jego pokładzie odbył wyprawę badawczą na Ocean Arktyczny. Nieco później dotarł nim do Antarktyki Roald Amundsen, by jako pierwszy zdobyć biegun południowy. Podziwiając w pełni wyposażone wnętrze łodzi, można poznawać warunki, w jakich dawni badacze eksplorowali dalekie lodowe krainy, dowiedzieć się wiele o funkcjonowaniu ówczesnych załóg i sposobach radzenia sobie z trudami dalekich podróży. Oczywiście nie omieszkano zastosować multimediów: skrzypienie konstrukcji statku, odgłosy pracującego silnika – tym głośniejsze, im bliżej maszynowni się znajdujemy – wielki ekran otaczający halę muzeum, na którym wyświetlane jest wzburzone morze, a nawet kiwająca się ławka, na której można usiąść  i poczuć rozkołys, robią duże wrażenie.  Poza statkiem w hali muzeum można podziwiać wiele ciekawych, interaktywnych ekspozycji, a także doświadczyć nietypowych atrakcji jak przyprawiająca o dreszczyk grozy (i z zimna!) atrapa lodowej groty-pułapki. Wisienką na torcie jest drugi oryginalny statek – slup Gjøa, na którym Roald Amundsen jako pierwszy pokonał przejście północno – zachodnie (opłynął Amerykę od północy).

Fram o konstrukcji zdolnej wytrzymać ekstremalne warunki arktyczne zimy
Gjøa – jako pierwsze pokonała Przejście Północno-Zachodnie w 1906r.
Fridtjof Nansen czeka w swojej przytulnej kajucie 😉
Sala zabaw w muzeum narciarstwa. Aż chciałoby się być młodszym 😉

Oczywiście jeśli chodzi o muzea, jest w Oslo w czym wybierać. W samym sąsiedztwie Frammuseet, na półwyspie Bygdøy, znajduje się sporo innych, bardzo ciekawych obiektów (np. Muzeum Łodzi Wikingów czy Muzeum Ludowe ze skansenem, do których mamy nadzieję jeszcze kiedyś zawitać). To oczywiście nie wszystko co oferuje norweska stolica.

Dobrze widoczny charakter wybrzeża, nad którym leży norweska stolica.

Spośród licznych atrakcji poznaliśmy jeszcze kompleks narciarski usytuowany na zalesionym wzgórzu Holmenkollen, z górującą nad miastem skocznią narciarską. Jest ona zarówno obiektem sportowym, wieżą widokową, jak i instytucją kultury. Z góry roztacza się wspaniały widok na miasto i Oslofjorden, a znad miejsca gdzie zaczyna się rozbieg, można spróbować wyobrazić sobie co czuje skoczek narciarskie wchodząc na belkę startową. Pomieszczenia będące na zapleczu skoczni to natomiast nie tylko infrastruktura służąca sportowcom, ale także obiekt mieszczący utrzymujące wysoki skandynawski poziom muzeum narciarstwa. Z ekspozycji pokazujących zarówno zabytkowe obiekty, jak i przemawiających nowoczesnym językiem multimediów można poznać historię nart oraz ich znaczenie w kulturach mieszkańców północy.

Z tego miejsca trudno nie czuć podziwu dla skoczków narciarskich, odważni mogą natomiast w lecie zjechać na dół skoczni na tyrolce.
Podobno Norwegowie rodzą się z nartami..

Oslo zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. Odebraliśmy je jako zadbane miasto, kameralne jak na światowe standardy. W otoczeniu zalesionych wzgórz stanowi kojąca oazę wśród krajobrazów majestatycznej, surowej Norwegii. Z pewnością można atrakcyjnie spędzić w nim wiele dni, jednak prognozy pogody zaczęły wyglądać bardziej optymistycznie, ruszyliśmy więc w dalszą drogę, mając nadzieję dotrzeć nad słynne na cały świat fiordy.

Krajobraz zmieniał się na wysokogórski
Skaliste zbocza pocięte strugami wodospadów budziły podziw.

Nie chcąc jechać nocą, postanowiliśmy poszukać miejsca na nocleg. Z powodu dość silnego wiatru, a także luksusu jakim było wtedy dla nas spanie na łóżku, chcieliśmy przenocować w małym drewnianym domku, których sporo udostępnianych jest na tutejszych kempingach. Znalezienie wolnego nie było jednak łatwe. Sami Norwegowie tłumaczyli nam, że właśnie trwa u nich krótki, ale intensywny sezon, kiedy mieszkańcy tego kraju udają się na wypoczynek we własnej ojczyźnie – w odróżnieniu od miesięcy zimowych, gdy masowo wylatują do ciepłych krajów w poszukiwaniu słońca. W końcu jednak, na jakimś malutkim, zapomnianym kempingu, którym opiekował się niemówiący po angielsku starszy pan, znaleźliśmy przytulne schronienie. Za oknami coraz dostojniej wyglądające góry zapowiadały czego możemy się wkrótce spodziewać.

Powrót na morze

Przejście ostatniej śluzy w Mem, było dla nas niemal świętem. Szczęśliwi z ukończenia kolejnego etapu podróży i pokonania wszystkich przeszkód, z ulgą znaleźliśmy się na morskich wodach. Był 3 lipca 2022 r.

Przed nami ostatnia śluza

Z niecierpliwością czekaliśmy na dalszą część wyprawy. Już w trakcie rejsu po kanale musieliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie: co dalej? Tempo, w jakim go pokonywaliśmy oraz dotychczasowe doświadczenie żeglugi z dziećmi, kazało nam uznać za nierealne marzenia o opłynięciu Bałtyku. Żeby tego dokonać mieliśmy wystarczająco dużo czasu. Jednak założeniem wyprawy była podróż, która pozwoli przeżyć wspaniałą przygodę również młodszym załogantom, mniej entuzjastycznym wobec perspektywy dłuższych przelotów. Także aktualna sytuacja geopolityczna nie sprzyjała penetracji wschodnich krańców naszego morza. Postanowiliśmy więc zrezygnować z podróży do Finlandii i krajów bałtyckich. Z żalem zwłaszcza przyszło nam rozstać się z planami odwiedzin położonego na północy Szwecji Wysokiego Wybrzeża (Höga Kusten) i fińskich Wysp Alandzkich. Trzeba było jednak uchwycić się nadziei, że kiedyś będzie okazja tam zawitać, a teraz w pełni korzystać z możliwości jeszcze dokładniejszego poznania pięknych wód Szwecji. Tym bardziej, że nasze plany wciąż wyglądały zachęcająco. Myśleliśmy również o czymś szczególnym: planowanymi od początku wyprawy krótkimi wakacjami od żeglowania, w trakcie których zapuścimy się drogą lądową w głąb Półwyspu Skandynawskiego. Wspólnie zdecydowaliśmy, że celem będzie Norwegia.

po przejściu której znajdujemy się na poziomie morza.

Najpierw jednak musieliśmy dotrzeć do większego ośrodka, gdzie możliwe będzie bezpieczne pozostawienie jachtu oraz wypożyczenie samochodu. Zamiast zatłoczonego Sztokholmu, który zresztą mieliśmy już kiedyś okazję odwiedzić od strony wody, za cel obraliśmy Nyköping skąd cztery lata temu przeprowadziliśmy nasz jachcik do Polski!
Po opuszczeniu kanału płynęliśmy wodami wąskiej i długiej zatoki Slätbaken, będącej charakterystyczną dla tego rejonu pamiątką po okresie zlodowaceń. Takie ukształtowane przez lądolód i zalane przez morze płytkie doliny nazwane są fierdami (szw. fjärd), a ich imponującymi „krewnymi” są norweskie fiordy.
Przebywając jej wody z lekkim żalem minęliśmy wyspę z malowniczymi ruinami zamku Stegeborg. Niestety, prognozy ostrzegały przed pogorszeniem pogody. Gnaliśmy więc dalej, by wkrótce

Zamek ten należał do Anny Wazówny – siostry króla Polski i Szwecji Zygmunta III Wazy

znaleźć się w labiryncie szkierów i później, bardziej otwartym akwenem, dopłynąć do Arkösund – niewielkiej wioski, która w lecie ożywa i staje się mekką szwedzkich wczasowiczów. Zacumowaliśmy bezpiecznie na wskazanym przez marinero miejscu, niespecjalnie szczęśliwi z faktu, że musimy skorzystać z muringów (na północnych wodach bardzo rzadko spotykanych), za to zadowoleni, że udało się dotrzeć przed burzą zwiastującą załamanie pogody.

Zbliżający się front zapowiadał wietrzne i niespokojne dni

Zaraz po naszym przybyciu, na jeden z portowych masztów została wciągnięta flaga Polski. Było to dla nas szczególne wydarzenie, bowiem wcześniej odwiedzane mariny zrezygnowały, zapewne ze względów praktycznych, z miłego zwyczaju wieszania flag cumujących w nich obcokrajowców. Zazwyczaj na stałe powiewało kilka reprezentujących najliczniej żeglujące po szwedzkich wodach narodowości: Niemców, Duńczyków, Norwegów, Finów czy Holendrów. Polskich jachtów w ten region przybywa stosunkowo niewiele.

Polska flaga powiewająca nad przystanią

W Arkösund nie tylko powitano nas elegancko, ale także mieliśmy eleganckie towarzystwo. Niedługo po nas do brzegu dobił przepiękny skerry cruiser – klasyczny jacht o niezwykle smukłym kształcie. Zabytek ten, jak zapewniali jego właściciele (a nie mamy podstaw, żeby im nie wierzyć) został zbudowany specjalnie na Igrzyska Olimpijskie w 1920 r., na których jego załoga wywalczyła złoty medal!

Eleganckie towarzystwo w porcie Arkösund

Krótki pobyt w miasteczku upłynął pod znakiem zmagań z akumulatorem, rozgrywek piłkarskich, jedzenia zimnych tortilli w ramach obiadu (ach ta nieznajomość szwedzkiego ;-)). Następnie obraliśmy kurs na Oxelösund. Miasto to ze względu swój industrialny charakter oraz port wywozowy z jego dominującą w krajobrazie infrastrukturą, nie jest raczej atrakcyjnym celem. Niemniej jednak stanowiło dla nas wygodne miejsce postoju przed dalszą drogą. Drugą, zupełnie inną stronę okolicy poznaliśmy dopiero odwiedzając ten port w drodze na południe.
Teraz za to mieliśmy w pamięci, opisany przez Borchardta, rejs STS Lwów sprzed stu lat. Na żaglowcu oprócz kadetów Szkoły Morskiej w Tczewie, załogę stanowili harcerze. Kiedy statek, w drodze do Sztokholmu, dotarł na redę Oxelösund została spuszczona łódź wiosłowa, którą polska delegacja z kapitanem Mamertem Stankiewiczem na czele, dopłynęła do nabrzeża. Załoga dała popis swojej sprawności fizycznej momentami ścigając się z portową motorówką, która na dużej fali nie mogła rozwinąć pełnej prędkości. Reprezentacja, ku uciesze kapitana, dała się poznać z dobrej strony mieszkańcom Oxelösund, a popisowe odejście po udanej wizycie było nagrodzone brawami zgromadzonej licznie publiczności.
Nasze wejście do portu dostarczyło innych emocji. Po kilkugodzinnym rejsie z Arkösund w towarzystwie pomruków burzy, dość silnych szkwałów, ale przede wszystkim sporej fali, odetchnęliśmy z ulgą, kiedy w końcu skryliśmy się za wysepkami oddzielającymi otwartą wodę od toru podejściowego. Co prawda fala jeszcze tam wchodziła, ale już nie uderzała w nas z boku, tylko łagodnie niosła od rufy. Wtedy, nie wiadomo skąd, parę metrów od burty Tinosa wyrosła spora pilotówka, tylko nieznacznie zwalniając podczas mijania nas, jednocześnie powodując istne tsunami na jachcie. Może to rewanż za pamiętny wyścig z lwowskim kutrem?
W marinie również wciągnięto na maszt polską flagę. Chyba, bo czerwony kolor powiewał na górze. Nie znaleźliśmy jednak, wśród nielicznych cumujących w marinie jachtów, żadnego z Monako, ani Indonezji. Był natomiast jeden pod banderą kolumbijską oraz jeden pod austriacką, co uznaliśmy za równie egzotyczne.

Tinos w Oxelösund – w tle powiewa zagadkowa czerwono-biała flaga

Do Nyköping dotarliśmy po niezbyt długim rejsie, myśląc już tylko o tym, jak przygotować jacht do tygodniowej nieobecności i co ze sobą zabrać na podróż w głąb Skandynawii. Jeden dzień i byliśmy gotowi na dalszą drogę i nową przygodę…

Chwila odpoczynku w Nyköpingśniadanko przygotowane przez młodzież. Potem reorganizacja i czas, by wyruszyć dalej na północ.