Rodzinne żeglowanie na s/y Tinos

Kategoria: Uncategorized (page 1 of 1)

Błękitna Wstęga Szwecji

O tym, że Kanał Göta w ogóle istnieje, dowiedzieliśmy się od skippera podczas naszego pierwszego rejsu po szwedzkich wodach. Początkowo niewiele to dla nas znaczyło. Pilnie jednak nadrobiliśmy lekcję. Chyba z całkiem dobrym wynikiem, bo nie tylko wiemy czym Göta Kanal jest, ale mamy za sobą pokonanie tej niezwykłej trasy w całości.

W biurze kanału w Sjötorp odebraliśmy nasz pakiet startowy i mogliśmy rozpocząć przygodę. Podobne żółte budyneczki rozsiane wzdłuż całej trasy tworzą niepowtarzalny klimat.

Wraz z Trollhätte Kanal umożliwia ona przepłynięcie w poprzek południowej części Półwyspu Skandynawskiego, znacząco skracając drogę z Bałtyku na Morze Północne. Podobno o takiej możliwości marzył już król Gustaw Waza w pierwszych latach swoich rządów. Plany zostały zrealizowane jednak dopiero w latach 1810-1832 dzięki uporowi Balzaara von Platena – oficera i polityka, współpracującego z z budowniczym Kanału Kaledońskiego Thomasem Thelfordem. Było to możliwe m.in. w związku ze zmianą doktryny militarnej Szwecji, która po utracie Finlandii na rzecz Rosji, zakładała wzmocnienie wnętrza kraju na wypadek konieczności prowadzenia działań obronnych.

Pierwsza śluza kanału to brama do fascynującego świata

Dziś trasa łącząca wschodnie i zachodnie wybrzeże Szwecji, zwana Błękitną Wstęgą Szwecji, nie ma już znaczenia militarnego, a gospodarcze posiada jedynie jej zachodnia część. Kanał Göta dostępny jest natomiast dla łodzi turystycznych i stanowi jedną z większych atrakcji kraju. Łączy leżące nad Jeziorem Wener Sjötorp z położonym nad Bałtykiem Mem, a jego długość to  190 km, z czego 87 km stanowią odcinki sztuczne, przekopane rękami 58 tys. szwedzkich żołnierzy. Na trasie wybudowano 58 śluz umożliwiających zmianę poziomu (który w najwyższym punkcie w Tåtorp nad jeziorem Viken wynosi 91,8 m n.p.m.), brzegi łączy natomiast 47 otwieranych mostów. Najbardziej imponujące są jednak dwa akwedukty, pod którymi biegnie droga lądowa.

Woda do śluza Kanału Göta, inaczej niż w Trollhätte Kanal, wpływa rwącym strumieniem

Tyle suche fakty. Choć same w sobie są ciekawe, Kanał Göta jest czymś więcej niż garstką ciekawostek dla miłośników historii techniki. Jest to droga, która ma w sobie coś ze szlaku pielgrzymkowego i gry zręcznościowej jednocześnie. Jej niezwykłą atmosferę tworzą piękne krajobrazy, urocze zakątki, zabytkowe obiekty oraz ludzie na jachtach przemierzający trasę w obu kierunkach. Żegluga nią to zanurzenie się w morzu zieloności, a sielankowe momenty przeplatane są wyzwaniami, jakimi jest przechodzenie przez śluzy oraz przepływanie pod mostami (zwłaszcza, jeśli zaczynają się zamykać w trakcie przechodzenia!).

…dlatego należy zachować szczególną ostrożność., by uniknąć zbyt bliskiego spotkania z innymi łodziami lub nabrzeżem.

Choć mieliśmy już doświadczenie z poruszaniem się po wodach śródlądowych, na Kanale Göta trzeba było zmierzyć się z nieco innymi wyzwaniami. Śluzy są tu bardziej kameralne niż na Trollhätte Kanal, ich przechodzenie jest jednak nieco skomplikowane. Jedna osoba z załogi musi przed śluzą wyjść na nabrzeże i przełożyć cumy „na biegowo”. Cumę dziobową, poprowadzoną przez bloczek, wybiera (bądź luzuje) sternik przy pomocy kabestanu . O tym jak to zrobić i ewentualnych innych sposobach śluzowania szczegółowo informują otrzymywane na starcie materiały. Okazuje się jednak, że wskazówki te nie są idealne i nic nie zastąpi doświadczenia oraz znajomości własnej łódki. Czasem np. trzeba także wybrać cumę rufową, choć według obsługi i podręcznika, nie jest to konieczne.

Atrakcją kanału są dwa akwedukty

Inaczej też wygląda obsługa śluz – podczas gdy na Trollhätte Kanal rządzi „wielki brat”  (przed mostami i śluzami są kamery, dzięki czemu obsługa wie, że jacht czeka na przejście)  tutaj zajmują się nią lock keeperzy, w większości zaopatrzeni w piloty służące do sterowania mechanizmami, w które wyposażono zabytkowe budowle. Ich zadaniem jest udzielanie ewentualnych wskazówek skipperom i koordynowanie ruchu na kanale. W większości są to sympatyczni, pomocni młodzi ludzie, czasem zdarza się jednak, że ich „złote rady” udzielane są poniewczasie. Tak było np. w przypadku, kiedy polecono nam niespodziewanie przybić do przeciwnego brzegu śluzy, niż tego, na który byliśmy przygotowani. W rezultacie przechodziliśmy przeszkodę trzymając koniec jednej cumy z lądu, co z uwagi na rwący strumień wody napełniającej śluzę, było bardzo trudne.

Podział zadań między wszystkimi członkami załogi umożliwił ułatwił sprawne pokonywanie przeszkód…

Tego typu „przygody” oraz rozmaite niespodzianki (np. zdarzające się nietypowe zaczepienie lin przez załogi innych łodzi, które uniemożliwiało standardowe założenie naszych), a także pojedyncze śluzy, które mają inne mechanizmy przechodzenia, sprawiały, że podróż kanałem nie była nudna, a każdy następny obiekt stanowił nowe wyzwanie. Podejmowaliśmy je wspólnie, dzieląc się obowiązkami między sobą. Każdy miał swój udział w pokonywaniu przeszkód, młodsza część załogi nie była pominięta! Ćwiczyliśmy przy tym niezliczoną ilość razy podejście i odchodzenie od brzegu, co było wspaniałą szkołą manewrowania jachtem. Bywała nieraz bardzo intensywna, np. w przypadku pokonywania schodów Carla-Johana czyli układu siedmiu połączonych ze sobą śluz w miejscowości Berg nad jeziorem Roxen.

Przebycie takich schodów to prawdziwa żeglarska gimnastyka

Przyszło nam się zmierzyć z jeszcze jednym problem, o którym myśleliśmy, że jest zażegnany – niepokojąco wysokimi wskazaniami temperatury silnika. Mimo strachu, że przedwcześnie zakończymy wyprawę, po kolejnym dniu szukania przyczyn, licznych konsultacjach, wymontowaniu termostatu, zamawianiu części i przeglądzie elektroniki mogliśmy ruszyć dalej.

Wzdłuż całego kanału rozsiane są liczne pamiątki z dawnych czasów. Tu zabytkowy budynek poczty w Vassbacken.
Przechodząc przez wąski przesmyk na jeziorze Viken, mieliśmy wrażenie, że żeglujemy po lesie.

Nasza podróż kanałem oraz jeziorami, które leżą na jego trasie (w tym czarującym jeziorze Wetter) trwała ponad dwa tygodnie. Oczywiście można ją przebyć znacznie szybciej, my jednak oszczędzajac silnik, chcieliśmy równocześnie delektować się urokami krajobrazów i zabytków mijanych po drodze. W jednym z miasteczek spotkaliśmy sympatyczne małżeństwo z Polic, które podobnie jak my – niespiesznie i spokojnie, podążało kanałem w przeciwną stronę. To było dopiero drugie spotkanie z naszymi rodakami od czasu kiedy w maju wyruszaliśmy ze Świnoujścia. Przyjemnie było wymienić się spostrzeżeniami, w tym o nie do końca adekwatnych wskazówkach z przewodników odnośnie wybierania cum w śluzie.

Brzegów kanału strzegą szpalery pięknych starych drzew.

Nie zabrakło również innych ważnych spotkań na trasie. Podążanie wspólną drogą sprawiało, że nawiązywane relacje z innymi załogami, choć przecież przelotne, miały w sobie sporą dozę wzajemnej sympatii. Mogliśmy liczyć także na życzliwe zainteresowanie gdy borykaliśmy się z problemami z silnikiem oraz radość, gdy udało się je rozwiązać. Gdy w jednym w z portów dojrzeliśmy jacht naszych duńskich znajomym z Trollhätte Kanal, o których wiedzieliśmy, że musieli na jakiś czas opuścić Szwecję, zostawiliśmy list z pozdrowieniami. Jakże cieszyliśmy się, gdy ponownie spotkaliśmy ich w trakcie dalszej drogi!

Urocze miasteczko Söderköping urzekło nas swoją radosną, wakacyjną atmosferą i piękną starówką…

Oczywiście przebycie kanału to wspaniała okazja do do zwiedzenia wielu ciekawych miejsc. Jego okolica naszpikowana jest licznymi, mniejszymi i większymi, zabytkami – zarówno związanymi z tą niezwykłą budowlą, jak i pochodzącymi z innych czasów i epok (np. w pięknej Vadstenie, o której pisaliśmy w artykule o wielkich jeziorach Szwecji czy uroczym miasteczku Söderköping). Wiele z nich zasługuje na osobny wpis – być może kiedyś się doczekają. Co ważne, warto te rejony odwiedzić nie tylko jeśli jest się żeglarzem – po trasie kursują klimatyczne statki pasażerskie, a wzdłuż kanału prowadzi ścieżka rowerowa i liczne szlaki dla pieszych.

oraz ścieżkami spacerowymi, którymi można było dojść do punktu widokowego na stromej skale, z którego rozciąga się piękny widok.

Choć droga była niesamowitą przygodą i wspaniałą szkołą żeglarstwa, cieszyliśmy się gdy pokonując ostatnią śluzę w Mem ponownie znaleźliśmy się na Morzu Bałtyckim. Czuliśmy, że sprostaliśmy ciekawemu wyzwaniu, ale też byliśmy nieco zmęczeni wszystkimi manewrami wykonanymi w trakcie przeprawy. Co ciekawe, jakiś czas potem, od spotkanych w szkierach Szwedów dowiedzieliśmy się, że trasa ta, dla wielu ich rodaków kultowa, przez innych nazywana jest szyderczo „rowem rozwodowym”. Na szczęście my zdaliśmy egzamin i chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że mimo wszelkich trudności staliśmy się bardziej zgranym zespołem.

Parę słów o nawigacji

Kilka dni temu media obiegła zaskakująca wiadomość. Otóż Admiralicja Brytyjska zamierza w najbliższych latach zrezygnować z wydawania papierowych map morskich. Po 222 latach!
Co to oznacza dla żeglarzy? Niby niewiele, bo są inne wydawnictwa wyspecjalizowane w mapach dla małych jednostek. Tym niemniej, z pewnością, jest to symboliczne zakończenie pewnej epoki.
Nawigacja morska zawsze była otoczona nimbem tajemniczości, zarezerwowanym dla wybranych – adeptów szkół morskich lub absolwentów kursów żeglarskich zakończonych piekielnie trudnymi egzaminami.
Tak przynajmniej wydawało się tym, którzy tej „tajemnej” sztuki nie mieli okazji zgłębić, np. pasażerom motorowca „Piłsudski”, którym kapitan Eustazy Borkowski fundował na wpół komiczny pokaz odczytywania wysokości słońca w czasie kulminacji, opisany przez Borchardta w „Szamanie Morskim”:
Był to jednak naprawdę widok wspaniały. Siedmiu wyciągniętych jak struna oficerów z tajemniczymi przyrządami w rękach, skierowanymi na horyzont pod słońcem. Nad siedmioma wtajemniczonymi ludźmi komendę objął stary, doświadczony Wilk Morski. Właśnie w tej chwili na jego komendę dokonują czegoś, co pozwoli im wiedzieć, gdzie się statek znajduje na oceanie i w jaki sposób ma znaleźć drogę do Ameryki.
Sto lat później nawigacja morska straciła nieco swojego uroku, sekstant można prędzej znaleźć jako ozdobę na półce w salonie, niż na jachcie…

Tablet mocujemy pod owiewką, przy pomocy aluminiowego uchwytu

A jak w praktyce nawigujemy na Tinosie?
Głównym (czyt. tym, z którego najcześciej korzystamy) urządzeniem nawigacyjnym jest wodoodporny tablet z aplikacją Navionics. Choć próbowaliśmy korzystać także z konkurencyjnych programów (np. NV Charts), to Navionics jest zdecydowanie najwygodniejszy. Naprawdę dokładne i aktualne mapy, których źródłem są dane z biur hydrograficznych poszczególnych krajów, a także szybkość działania i niezawodność sprawiają, że program ten stał się numerem jeden wśród żeglarzy na całym świecie (niestety polityka cenowa w ostatnich latach sprawia, że korzystanie z Navionicsa jest coraz droższe).
Planując trasę zerkamy też na mapy papierowe, których zestaw wraz praktycznym indeksem mamy zawsze na jachcie.

Navionics umożliwia wprowadzenie trasy poprzez ręczne ustawianie punktów (tzw. waypoint’ów) lub automatyczny routing z punktu A do B. Ta ostatnia opcja, choć bardzo wygodna, czasem prowadzi do utworzenia trasy zbyt blisko niebezpiecznych miejsc. Automatyczną trasę trzeba zatem dokładnie przeanalizować i ewentualnie skorygować. Aplikacja w tym pomaga oznaczając trasę po „niepewnych” wodach, np. z małymi głębokościami, linią przerywaną, a także pokazując trójkąty ostrzegawcze w miejscach wymagających szczególnej uwagi.

Podczas dłuższych przelotów nanosimy pozycję na mapie papierowej

Po tym etapie można w zasadzie rozpocząć rejs.
My jednak często eksportujemy utworzoną rutę w postaci pliku .gpx, a następnie importujemy ją do innych urządzeń dostępnych na pokładzie, czyli do chartplottera i ręcznego Garmina. Co daje taki zabieg? W razie awarii (np. przypadkowego rozładowania) tabletu, uruchamiamy zapasowe urządzenie i kontynuujemy nawigowanie po wcześniejszej ustalonej trasie. To szczególnie ważne, kiedy płyniemy pomiędzy wyspami, czy wręcz skałami i nie ma czasu na ponowne wprowadzanie ruty.
Trasę .gpx warto zaimportować także do programu pogodowego (w naszym przypadku Windy) i przeprowadzić prosty routing pogodowy.

Windy i zaimportowana trasa

Podczas dłuższych przelotów nanosimy pozycję na mapie papierowej. Jest to też dobra okazja do ćwiczenia nawigacji terrestrycznej. Korzystając z ręcznego namiernika (naprawdę poręczny i dokładny Iris 50 Plastimo) bierzemy namiary na obiekty widoczne na lądzie, a otrzymaną pozycję obserwowaną porównujemy z tą, którą odczytujemy z GPS’a.
Pozycja na mapie papierowej to także istotny element pozwalający w dowolnej chwili przejść całkowicie na nawigację klasyczną. Staramy się być przygotowani na taką ewentualność, zwłaszcza, że po rozpoczęciu działań wojennych na Ukrainie, Rosja zintensyfikowała czasowe próby zakłócania sygnału GPS na obszarze wschodniego Bałtyku.

Płynąc w rejonie dużego ruchu statków, szczególnie przecinając TSS (system rozgraniczenia ruchu) korzystamy z AIS (automatycznej identyfikacji statków). Posiadamy odbiornik, który poprzez splitter podpięty jest do tej samej anteny, do której radio VHF.

AIS bardzo ułatwia nawigowanie w rejonie dużego ruchu statków

Choć Navionics posiada obsługę AIS przez wi-fi, często dodatkowo włączamy także chartplotter, do którego AIS podpięty jest przewodowo. Obserwujemy uważnie wskazania CPA (minimalna odległość mijania) i TCPA (czas minimalnej odległości mijania) i w razie potrzeby odpowiednio wcześnie korygujemy kurs, aby uniknąć zbyt bliskiego spotkania ze statkami.
Osobnym tematem nieodłącznie związanym z nawigacją jest planowanie miejsc postoju.
Informacje o portach czerpiemy z różnych locji i przewodników, ale głównie z aplikacji Harbour Guide norweskiego wydawnictwa Skagerrak Forlag, znanego z żeglarskich przewodników z charakterystyczną bordową okładką. Aplikacja zawiera plany oraz zdjęcia lotnicze nie tylko „zwykłych” portów, ale także tych naturalnych, gdzie cumujemy do skał lub stajemy na kotwicy.

Ten sam port naturalny przedstawiony w przewodniku, na mapie elektronicznej, papierowej i… na żywo

Niezależnie, czy naszą destynacją jest port z infrastrukturą, czy bezludna wyspa, wybieramy miejsce dogodne biorąc pod uwagę wiatr i zafalowanie obecne i prognozowane na czas postoju. Zła decyzja może skutkować bardzo niekomfortowym, bądź wręcz niebezpiecznym pobytem w porcie.

Wener i Wetter

W drodze z zachodniego wybrzeża Szwecji na jego wschodnią stronę, oprócz kanałów, musieliśmy przebyć również jeziora. Dwa z nich zasługują na szczególną uwagą. Zwłaszcza, że nie ujdą jej kiedy tylko spojrzymy na mapę Półwyspu Skandynawskiego. Od razu zauważymy dwa spore niebieskie obszary oznaczające zbiorniki wodne. Większy z nich – Wener (szw. Vänern) jest, po rosyjskich Ładodze i Onedze, trzecim co do wielkości jeziorem Europy. Drugi, Wetter (szw. Vättern), zajmuje natomiast w owym zestawieniu szóste miejsce. Nadal jest to jednak powierzchnia prawie czterokrotnie większa niż suma powierzchni wszystkich Wielkich Jezior Mazurskich. Kraina ta z pewnością warta jest poznania, tym bardziej, że nie stanowi dla Polaków tak popularnego celu podróży jak inne regiony Szwecji.

Na rozległe wody jeziora Wetter wpłynęliśmy niedługo po przebyciu ostatniej śluzy Trollhätte Kanal. Osiągnęliśmy tym samym wysokość 44 m n.p.m., jednak nie był to koniec naszej „wspinaczki”. Tymczasem cieszyliśmy się, że nieco odpoczniemy od wyzwań związanych ze śluzami oraz mostami. Wkrótce też zakotwiczyliśmy przy wyglądającym na opuszczone nabrzeżu przystani Grönvik. Gdy już znaleźliśmy dogodne miejsce, gdzie naszemu jachtowi nie zagrażało osuwające się betonowe nabrzeże, mogliśmy skorzystać z dogodności kampingu, który leżał rzut beretem od porciku. Zaspokoił on nie tylko tak powszednie potrzeby jak konieczność zrobienia prania czy wzięcia ciepłego prysznica. Szczęśliwy był zwłaszcza Łukasz, pod którego wodzą, mimo iż wieczór zapowiadał się na deszczowy, mogliśmy rozegrać rodzinny turniej piłki nożnej.

Przystań Grönvik sprawiała wrażenie opuszczonej. Uwaga na osuwające się betonowe nabrzeże!

To był jednak dopiero przedsmak tego co świat jeziora Wener oferuje. Zagłębialiśmy się w niego stopniowo. Urzekła nas już kolejna przystań -niewielka i przytulna Dalbergså, położona w niezwykle urokliwym zakątku pod lasem, który, jak się okazało, skrywa fascynujące tajemnice. Nie wiedzielibyśmy o nich, gdyby nie zrządzenie losu, które sprawiło, że wkrótce po Tinosie do kei przycumował jacht naszych duńskich znajomych z Kanału Trollhätte.  Jego kapitan, Torsten, poprowadził nas krętą leśną dróżką, by pokazać datowane na epokę brązu petroglify wyryte na opadających ku brzegowi jeziora skałach. Podobne naskalne obrazy można odnaleźć w wielu miejscach Skandynawii, a najstarsze z nich pochodzą prawdopodobnie jeszcze z epoki kamienia. Zazwyczaj przedstawiają wizerunki łodzi oraz zwierząt, a przyczyn powstawania można się jedynie domyślać. Podejrzewa się, że znaczenie miał tu kontekst rytualny.

Niezwykła atmosfera tego miejsca zapadnie nam w pamięć na długo
Petroglify

Odkrywanie tak niezwykłych śladów przeszłości było tym przyjemniejsze, że las oraz szeroko rozlewające się wody jeziora stanowiły przepiękną scenerię.

Kolejnego dnia udaliśmy się, pchani wiatrem w żaglach, które mogliśmy znowu rozwijać (w kanale było to niemożliwe) na przeciwległy brzeg. Pożegnaliśmy się tym samym na dłuższy czas ze światem wielkich szlaków wodnych, przenosząc się w rzeczywistość skalistych archipelagów jeziora.

Żegluga po wielkich jeziorach przypomina tą po morzu, fale są jednak na ogół mniejsze.

Tam na wyspie Kållandsö, w przystani Hörviken zatrzymał nas na parę dni wiatr nie pozwalający bezpiecznie wyjść pomiędzy niebezpiecznymi w taką pogodę skałami. Miejscowość, w której gościliśmy to typowo letniskowa osada domków, a portowy bar, prowadzony przez ciekawą szwedzko-filipińską parę, przez większość czasu pozostawał zamknięty na trzy spusty. Sezon jeszcze się nie rozpoczął, więc w okolicy nie było zbyt tłoczno, a jedyne sklepy położone w rozsądnej do pokonania pieszo lub rowerem odległości, okazały się sklepami samoobsługowymi i to pod każdym względem – wejść można było jedynie posiadając specjalną aplikację Swish, której nie sposób aktywować bez konta w szwedzkim banku, po to by samemu wybrać towary i je skasować. Techniczne niedogodności bytowe rekompensowała jednak przyroda i ścieżki, którymi można było spacerować bez końca, zwłaszcza, że kończąca się wiosna i mające wkrótce rozpocząć się lato pokazywały świat z najlepszej strony. Łąki pełne były kwiatów, zieleń soczysta, a słońce przyjemnie grzało wlewając w serca typową dla tej pory roku otuchę.

Po Kållandsö prowadzą malownicze, dobrze oznakowane szlaki.

Opuściwszy przystań, udaliśmy się w jeszcze mniej cywilizowane miejsce, by w naturalnym porcie przy brzegu malutkiej bezludnej wysepki, spędzić leniwe popołudnie. Wieczorem natomiast przeprawiliśmy się do miejscowości Läckö, słynącej z malowniczo położonego zamku, który powstał w miejsce dawnego fortu obronnego biskupów Skary. Tym samym po raz kolejny sąsiadowaliśmy z niezwykłą historyczna budowlą, którą zresztą mieliśmy okazję zwiedzić.

Naturalne porty można znaleźć dzięki locjom – przewodnikom żeglarskim
Niemal pod samymi murami przepięknie położonego zamku Läckö znajduje się przystań .

Ponieważ jednak wyczerpywały nam się zapasy prowiantu, nadszedł czas, by je uzupełnić. Do położonego na południowo-wschodnim krańcu jeziora Mariestad dotarliśmy jednak nie bez przykrych niespodzianek. Kiedy powoli już myśleliśmy o cumowaniu, na elektronicznym wyświetlaczu panelu silnika pojawiła się wskazanie niepokojąco wysokiej temperatury płynu chłodniczego. Musieliśmy odstawić silnik i tor podejściowy oraz główki portu przechodzić na żaglach. Szczęśliwie spotkaliśmy tam RIBa Sjöfartsverket’u (szwedzkich służb ratunkowych), który asystował nas do nabrzeża.

Starówka Mariestad.

Mariestad okazał się dość przyjemnym, pięknie położonym miastem z ładnym portem i małą, ale ciekawą starówką. Jednak nam będzie się kojarzył przede wszystkim z rozkręcaniem silnika. Cały dzień upłynął na demontażu układu chłodzenia, czyszczeniu wymiennika i sprawdzaniu krok po kroku możliwych przyczyn awarii. Znalezione resztki impelera sprzed lat dały nadzieję, że udało się ją odnaleźć, a my mogliśmy zgodnie z planem udać się w stronę Sjötorp gdzie, rozpoczyna się kultowa szwedzka trasa śródloądowa – Kanał Göta.

Jezioro Vetter pokonywaliśmy już w trakcie rejsu przez kanał – przeprawa przez nie stanowi jego odcinek. W miejscu, w którym żeglujący Błękitną Wstęgą Szwecji docierają do jeziora, wznosi się potężna twierdza Karlsborgs Fästning. My jednak tym razem spieszyliśmy się bardziej do odpoczynku na łonie przyrody, niż poznawaniu zabytków i w samym Karslborgu stanęliśmy jedynie po to, by uzupełnić prowiant. Na nocleg udaliśmy się na skalisty archipelag jeziora, pełni obaw, iż będzie nam trudno znaleźć dogodne miejsce przy brzegu. Rozpoczynał się bowiem weekend, w którym Szwedzi obchodzili Midsommar – święto wywodzące się z pogańskich obchodów letniego przesilenia, gdy czczona była płodność i siły natury. Dziś jest ono świetną okazją do spotkań z przyjaciółmi, zabaw i ucztowania na świeżym powietrzu. Mimo sporego ruchu udało nam się przycumować w zacisznej zatoczce Djäknasundsviken. Czas spędzony w tym naturalnym porcie z pewnością zapadnie w pamięć. Wody jeziora słynące z krystalicznej czystości i niezwykłego koloru, oraz skaliste wysepki porośnięte lasami tworzyły niewiarygodnie piękną scenerię. Mogliśmy się nią cieszyć nie tylko z perspektywy naszego jachtu, ale także pneumatycznego kajaka, dzięki któremu można było dotrzeć na niedaleką plażę.

Woda jeziora Weter słynie z niesamowitego koloru i krystalicznej czystości
Dzięki pomocy miejscowych, którzy wskazali nam miejsce, zacumowalismy w płytkiej zatoczce bardzo głębokiego jeziora.

Po tak spędzonym czasie obraliśmy kurs na Vadstenę gdzie również, mimo wzmożonego ruchu, przycumowaliśmy w miejscu niezwykłym – ze zgoła innego powodu. To położone na wschodnim brzegu jeziora Wetter miasto, ma ciekawą historię związaną ze Św. Brygidą i założonym przez nią zakonem oraz wspaniałe zabytki. Jednym z nich jest królewski zamek wybudowany jako forteca przez Gustawa I Wazę, którą zamieniono na następnie na renesansowy pałac – jedną z rezydencji rodziny królewskiej. W fosie otaczającej budowlę znajduje się obecnie port jachtowy, w którym znaleźliśmy miejsce cumując pod samymi murami zamku! Spędziliśmy tam cały upalny weekend, by skierować się stronę Motali, gdzie miała na nas czekać ważna przesyłka…

Kościół w Vadstenie warto odwiedzić ze względu na urodę i bezcenne zabytki
oraz niezwykle ciekawą postać Św. Brygidy

P.S. Czas, w którym żeglowaliśmy po jeziorach był czasem najdłuższych dni w roku. Doświadczyliśmy więc nocy, w trakcie których nie robiło się ciemno, mimo, iż na tej szerokości geograficznej słońce chowa się za horyzont. Choć doświadczenie było ciekawe, a taka „jasna noc” ma niezwykłą atmosferę, taki stan rzeczy nie służy zasypianiu. 🙂 Brakowało nam również letniego, rozgwieżdżonego nieba.

Zamek w Vadstenie, którego fosa stanowi część przystani, a przed nim słup tradycyjnie stawiany z okazji Midsommar. W tym czasie w parku i marinie panowała radosna świąteczna atmosfera.

Droga na jeziora

Rzeka Göta wraz z kanałem Trollhätte to droga, którą chcieliśmy dotrzeć do wielkich szwedzkich jezior: Wener i Wetter. Początkowo myślałam o niej jako o koniecznym etapie, który trzeba przebyć, by zanurzyć się w Szwecji – jej przyrodzie i atmosferze. Choć bowiem podróżowaliśmy po szwedzkich wodach od kilku dni, nie mieliśmy okazji na dobre cieszyć się miejscem, w które dotarliśmy. Ponaglani warunkami pogodowymi, jak najszybciej pędziliśmy w stronę Göteborga.  Sądziłam więc, że podobnie będzie w przypadku pierwszego etapu naszej śródlądowej żeglarskiej przygody. Jednak szybko okazało się, że nie trzeba i nie warto odkładać radości z poznawania nowych miejsc na później.

Krajobraz stawał się coraz bardziej „szwedzki”

Gdy opuszczaliśmy Göteborg towarzyszył nam krajobraz usiany rozmaitymi zakładami, hangarami, magazynami, nabrzeżami, przy których niszczały kutry i całą tą niezbyt harmonijną infrastrukturą związaną z wielkimi miastami. Szybko jednak owa nieco przygnębiająca sceneria ustępowała miejsca dużo bardziej kojącym widokom. Nad rzeką coraz więcej było uroczych szwedzkich domków w kolorze czerwieni z Falun, a i przyroda zaczynała zyskiwać przewagę nad cywilizacją. Pierwszą noc spędziliśmy przy pomoście pod skalistym zboczem, na którym wznosiły się ruiny twierdzy Bohus. Warownię w tym miejscu wzniesiono początkiem XIV w. na polecenie króla Haakona V Magnussona. Miała ona chronić południowe krańce  Norwegii, do której wówczas należały te ziemie. Dodatkową atrakcją było leżące nieopodal miasteczko Kungälv z przyjemną starówką, a także wieczorny spektakl, jaki zgotowało zachodzące słońce zabarwiając cały świat na pastelowe kolory. Jego światło było naprawdę niezwykłe!

Twierdza Bohus
oraz Tinos zacumowany pod skalistym wzniesieniem na którym jest zbudowana.
Świat zanurzony w pastelowym blasku wyglądał zjawiskowo!

Kolejny dzień to dalsza droga wśród coraz ładniejszych krajobrazów, ale też konieczność zmierzenia się z pierwszą śluzą – jedną z sześciu na tym odcinku budowli, dzięki którym mogliśmy się wspinać z poziomu morza na coraz wyższe tereny. Towarzyszyło temu sporo emocji, ale na szczęście współpraca całej załogi, przy dzielnej postawie najmłodszych, pozwoliła bezpiecznie wznieść się o parę metrów i ruszyć dalej. Przy okazji przekonaliśmy się na własnej skórze, że nasza trasa to nie tylko szlak turystyczny, ale ważna dla szwedzkiej gospodarki droga. Kiedy przez radio obsługa śluzy poinformowała, że musimy na naszą kolej zaczekać, gdyż pierwszeństwo będzie miał płynący z południa statek, nie spodziewaliśmy się, że zza zakrętu rzeki wyłoni się prawdziwy cargo ship całkiem sporych rozmiarów. Choć nieraz obserwowaliśmy podobne, a nawet większe jednostki, podczas morskiej żeglugi, takie spotkanie na wodach śródlądowych robi olbrzymie wrażenie!

Na wodach Trollhätte Canal statki handlowe mają pierwszeństwo przed jachtami turystycznymi

Wrażenia przyniósł też kolejny, wcześnie rozpoczęty dzień. Zapowiadał się naprawdę fantastycznie. Czerwcowe słońce przyjemnie grzało twarz, po obu stronach rzeki ciągnęły się zielone łąki i zagajniki, a śpiew ptaków i pasące się zwierzęta dopełniały całości. Niestety sielankę przerwał złowrogi wstrząs informujący, że oto właśnie znaleźliśmy się na mieliźnie. Jak się okazało – utknęliśmy w niej całkiem solidnie. Nie pomogły próby uwolnienia się, ani za pomocą silnika, ani przy użyciu kotwicy. Uratował nas duński jacht motorowy, który odholował Tinosa na bezpieczną wodę. A mielizna… no cóż, nie wyrosła niespodziewanie na naszej drodze. Przypomniała natomiast, że krótka chwila nieuwagi, o którą łatwo kiedy wszystko zdaje się iść gładko, może skutkować problemami. Od czasu do czasu przydaje się taki zimny prysznic bez poważnych konsekwencji – uczy pokory wobec żywiołu i przypomina, że czujność za sterem konieczna jest cały czas.

Tego dnia celem naszej podróży było miasto Trollhättan . Zarówno samo miasto, przemysłowe przecież, jak i droga wiodąca do niego były dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Podczas gdy spodziewałam się niezbyt ciekawego miejsca, już wrota pierwszej z czterech śluz sprawiały wrażenie baśniowej bramy do innego świata, położonej wśród skał i tajemniczych lasów. Przystań za śluzami była niewielka i przytulna. Wraz z otoczeniem tworzyła niezwykłą przestrzeń, po której można było spacerować bez końca. Ścieżki pozwalające obejrzeć zabytki techniki, jakimi były pierwsze śluzy pozwalające statkom na żeglugę w górę i dół rzeki, prowadziły po niezwykle zadbanej, urządzonej na podobieństwo parku okolicy, by zaraz potem zanurzać się w prawdziwym rezerwacie dzikiej przyrody.

Wrota pierwszej śluzy pod Trollhättanem niczym brama do skalnego zamczyska

Pomysł ich budowy powstał już w średniowieczu, a wiązał się wynoszącą 32 metry różnicą poziomu wody w okolicach miasta. Kilkaset lat później projekt zrealizowano. Budowę pierwszego kanału ukończono w 1800 r., a my możemy podziwiać 3 generacje śluz – od najstarszych do obecnie wykorzystywanych pochodzących z początku XX w.

Wrota jednej z zabytkowych śluz
Kwitnące krzewy, altanki, kawiarnie oraz ścieżka wśród skał to tylko element niezwykłej scenerii

Trzeba przyznać, że szczególnie urzekające jest ich położenie – wśród skał i pachnących żywicą lasów pełnych paproci i drzew okrytych brodatymi porostami. Wyobraźnia sprawiała, że niemal można było dostrzeć skaczące po kamieniach szaruchy i mgłowce oraz krążące nad głowami wietrzydła, żywcem wyjęte z książek Astrid Lindgren. Oczywiście nie brakowało również nieco bardziej powszednich istot jak gęsi, kaczki i łabędzie, którym towarzyszyły wyklute na wiosnę pisklęta, hałaśliwe mewy czy grzejące się w promieniach słońca węże.

Ciekawym kontrastem do tutejszego krajobrazu, a zarazem elementem tej na w pół baśniowej rzeczywistości, były przepływające kilka razy na dobę potężne, niemal 100 metrowe statki handlowe. Pokonując śluzy i mijając zaledwie o kilka metrów zacumowanego w przystani Tinosa robiły duże wrażenie. Jeszcze większe, kiedy przechodziły w nocy, obwieszczając swoją obecność niskim i przejmującym, choć niezbyt głośnym, buczeniem silnika.

 Cargo ship PINTA przechodzący przez śluzę w Trollhättan
… by zaraz potem minąć TINOSA o kilka metrów

Ciekawym akcentem w trakcie naszego pobytu w Trollhättan było spotkanie właścicieli zabytkowych samochodów, które odbyło się przy marinie. Zastąpiło nam wizytę w muzeum Saaba, który ma w mieście swoją siedzibę.

Jeden z zabytkowych wozów, które uczestniczyły w zlocie

Po dniu odpoczynku w tym przyjemnym miejscu, ruszyliśmy w dalszą drogę, by dzięki ostatniej śluzie znaleźć się na poziomie 44 m n.p.m. i ruszyć w kierunku największego jeziora Szwecji – Vänern, po polsku nazywanego Wener. Potem natomiast mieliśmy rozpocząć dalszą drogę, po „błękitną wstęgę Szwecji”.

P.S. Nie pytajcie kto tak brawurowo orał muł rzeczny poza torem wodnym;-) Zdradzę tylko, że nie był to kapitan, któremu zresztą należy się podziw, za wyjątkowy spokój i opanowanie w trakcie całej akcji!!!

Rejs oczami dzieci

Czteromiesięczna podróż to nie są zwykłe wakacje. Co pomyśleliście, kiedy po raz pierwszy usłyszeliście o tym pomyśle?

Łucja:
Prawdę mówiąc nie byłam przekonana do niego. Stresowałam się jak moją nieobecność odbiorą koleżanki, a także nauczyciele w szkole. Nie wiedziałam jak to będzie, kiedy ominie mnie sporo codziennego życia szkolnego. Chociaż plan mi się podobał, to te obawy i stres brały górę. Naprawdę zaczęłam myśleć na spokojnie o wyjeździe po tym, jak powiedziałam koleżankom w klasie o naszych planach, a rodzice porozmawiali z wychowawczynią i panią dyrektor.

Łukasz:
Na pewno się zdziwiłem i ucieszyłem. Wiedziałem, że będę miał wolne od szkoły dużo wcześniej niż zwykle 🙂

Przepłynęliśmy już ponad 500 mil morskich, czyli niemal 1000 kilometrów. Odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc. Wymień po dwa, według Ciebie, najbardziej interesujące przyrodniczo i te będące dziełem człowieka.

Łucja:
To trudne pytanie. Z przyrodniczych na pierwszym miejscu, jak dotąd, wymieniłabym zatokę Djäknasundsviken na jeziorze Wetter, gdzie mieliśmy okazję spędzić dwa cudowne dni w naturalnym porcie cumując do skał. Pływaliśmy kajakiem kilkaset metrów na małą plażę w innej zatoczce, która wyglądem przypominała krajobraz rajskich wysp.
Drugie miejsce najbardziej atrakcyjne przyrodniczo to wyspa Håholmen na jeziorze Wener. Tam, na kompletnym odludziu, rozwiesiliśmy moją szarfę do gimnastyki powietrznej i miałam, po raz pierwszy, okazję na niej potrenować. Jest jeszcze jedno miejsce, równie piękne, to Dalbergså gdzie oprócz urokliwego portu, mieliśmy okazję oglądać prehistoryczne rysunki naskalne.
Z miejsc nieprzyrodniczych na pierwszym miejscu stawiam oceanarium w Kopenhadze, a na drugim kanał Göta, szczególnie te mniej intensywne odcinki, bez śluz, no i jeszcze zamki były ładne… ale miały być tylko dwa miejsca…

Łukasz:
Miejsca, według mnie, najciekawsze przyrodniczo to zatoka Djäknasundsviken i wyspa Håholmen, gdzie leżałem na hamaku i czytałem książkę pod szumiącymi sosnami z widokiem na jezioro.
Z miejsc będących dziełem człowieka wymieniłbym Park Tivoli w Kopenhadze oraz Sjötorp i Grönvik – tam były najlepsze boiska!

Wiemy, że przebywanie na tak małej przestrzeni jaką oferuję nasz jacht jest nie lada wyzwaniem.  Czy masz jakiś sposób, aby wygospodarować swój kącik, żeby mieć trochę prywatności?

Łucja:
Kiedy posprzątam swoją koję, na przykład poskładam ubrania, które są porozrzucane, ułożę odpowiednio śpiwór i poduszkę, udaje mi się stworzyć wygodny kącik, gdzie mogę w spokoju i komforcie poczytać lub odpocząć. Kiedy płyniemy lubię też chodzić na pokład dziobowy jachtu, żeby pobyć sama. Niestety, kiedy żeglujemy pod wiatr, na dziobie trochę wieje.

Łukasz:
Chyba najlepszy sposób, aby odciąć się od otoczenia, to założenie słuchawek i włączenie muzyki albo audiobooka. Ostatnio przesłuchałem książkę pt. „Zwiadowcy”.

Łucja na szarfie do gimnastyki powietrznej

Żeglowanie wiąże się nie tylko z błogim leniuchowaniem, ale także z odpowiedzialnymi zadaniami.
Czy pamiętacie jakiś moment kiedy czuliście, że Wasza pomoc na jachcie jest wyjątkowo potrzebna?

Łucja:
Tak, moja pomoc była potrzebna podczas śluzowania, szczególnie w kanale Trollhätte. Tam trzeba było przekładać cumy na kolejne szczeble drabinki lub następny poler. Pomagałam wówczas Mamie i przytrzymywałam bosakiem łódkę, żeby nie odpływała.

Łukasz:
Chyba najbardziej moja pomoc przydaje się podczas cumowania i operacji w śluzach. Wtedy często wychodzę na brzeg z cumą, którą trzeba zahaczyć o specjalne kółko, albo założyć „na biegowo”.

Które chwile podczas tej podróży były dla Ciebie najtrudniejsze?

Łucja:
Chyba te, w których kłóciłam się z bratem 🙂 Ale też fale na morzu. Było mi wówczas niedobrze i bolała mnie głowa.

Łukasz:
Kiedy płynęliśmy po morzu i były duże fale. No i podczas konfliktów z siostrą…

Które dostarczyły najwięcej radości?

Łucja:
To czas, który spędzaliśmy w dzikich zatoczkach, pływaliśmy kajakiem i kąpaliśmy się. Ale też wspólne wieczory spędzone podczas grania w „Bananagrams party” – grę polegającą na układaniu krzyżówek z liter. Wspominam również miło chwile, kiedy podziwialiśmy panoramę jeziora Wener siedząc na ławeczce, jak również wieczór w Helisnborgu i piękny widok na Sund.

Łukasz:
Kiedy byliśmy w Muzeum Volvo, Parku Tivoli, graliśmy w piłkę i miło spędzaliśmy czas w dzikich zatoczkach.

Czasami pomoc najmłodszego załoganta bywa niezbędna

Teraz pytanie z przymrużeniem oka. Jakie trzy przedmioty – urządzenia są, według Ciebie niezbędne podczas naszej wyprawy?

Łucja:
Mój kocyk, Kindle – czytnik e-booków. No i niezbędny jest też „kibelek”, czyli jachtowy kingston!

Łukasz:
„Bob” – nasz duży, kulisty odbijacz, który przydaje się podczas cumowania lub w śluzach. Niezbędne wydają się też: tablet z programem nawigacyjnym oraz silnik, bo bez niego nie moglibyśmy przemierzyć kanałów.

Spróbuj swojej koleżance / koledze zareklamować rejs taki jak nasz.

Łucja:
Warto wyruszyć w podróż taką jak ta, aby poznać uroki przyrody, zaznać spokoju, a także czasu kiedy nie trzeba wiele robić i można sobie „chillować”. Możesz zwiedzać ciekawe miasta, nauczyć się nowych rzeczy, spotkać fajnych ludzi z innych krajów. My np. spotkaliśmy bardzo sympatycznych Duńczyków, którzy zaprosili nas do zwiedzenia ich jachtu.
Na rejsie można się też uwolnić artystycznie. Ja zaczęłam pisać książkę, a siedząc w domu pewnie nie miałabym takiego natchnienia.
Jest to też odskocznia od codziennego zabiegania. Z pewnością także po powrocie docenię komfort życia lądowego 🙂

Łukasz:
Nie sądzę, żebym musiał komuś specjalnie reklamować taką przygodę! Gdybym jednak musiał to zrobić, opowiedziałbym o wszystkich wspaniałych miejscach, które po drodze można zobaczyć. Równie ważnym argumentem byłoby to, że można nieco wcześniej urwać się ze szkoły 🙂

Pożegnanie z morzem

Kiedy znaleźliśmy się wśród szkierów Göteborga, z jednej strony odetchnęliśmy z ulgą, z drugiej jednak musieliśmy szczególnie wytężyć naszą uwagę. Zaczął się ruch typowy dla wód okalających wielkie miasta. Do tego liczne skaliste wyspy, wysepki oraz podwodne skały sprawiały, że bezpiecznie poruszać się można było jedynie wąskim torem wodnym. Poza nim ryzyko uszkodzenia jachtu było zbyt duże. Puste, malownicze skały, zamieszkane głównie przez dzikie ptactwo, stopniowo ustępowały miejsca przedmieściom, portowym nabrzeżom oraz infrastrukturze przemysłowej i handlowej. Wreszcie, płynąc już wodami rzeki Göta, znaleźliśmy się w drugim co do wielkości mieście Szwecji. Tuż przed samym celem podróży, na który wybraliśmy marinę Lilla Bommen, napotkaliśmy jednak trudność, przed którą nie ostrzegały żadne locje, ani mapy.

Oto bowiem minął nas nieduży statek z głośną muzyką i tańczącą na pokładzie rozkrzyczaną młodzieżą. Wszyscy mieli charakterystyczne czapeczki, przypominające nieco te kojarzone z kapitańskim nakryciem głowy. Kiedy jednostka tuż przed nami podchodziła do nabrzeża, zobaczyliśmy czekający na nią kolorowy tłum. Z daleka widoczne były transparenty, słychać było okrzyki. Próbując dociec charakteru tego zgromadzenia osiągnęliśmy główki portu, gdzie trzeba było zająć się manewrem cumowania. Wtedy też, do brzegu dobijał wspomniany wyżej statek, a na nabrzeżu zapanował istny karnawał. Wystrzeliwały fajerwerki (mimo dziennej pory), korki od szampanów, grała muzyka, a oba tłumy – przybywających i oczekujących – krzyczały w najlepsze. Wkrótce cała okolica obsypana była kolorowym konfetti rozmaitych kształtów. Z naszej perspektywy rozpętało się istne pandemonium, które uczyniło portowe manewry dość nerwowymi. Trudno było usłyszeć swoje myśli, a co dopiero wzajemnie przekazywane komunikaty. W końcu jednak udało się przybić do brzegu i zacumować alongside pomiędzy innymi jednostkami. Na trzy noce staliśmy się mieszkańcami centrum wielkiego miasta.

Göteborg i jego kanały

Z naszą mariną sąsiadował imponujących rozmiarów bark Viking – ponoć największy żaglowiec jaki kiedykolwiek zbudowano w Skandynawii (dziś pełniący rolę hotelu), gmach opery oraz wyróżniający się wysokością oraz brakiem urody wieżowiec (podobno, swego czasu, został uznany za najbrzydszy budynek Szwecji). Inną ciekawostką dzielnicy był P-Arken – wielopoziomowy statek -parking.

Lilla Bommen: z tyłu bark Viking, P-Aarken oraz wieżowiec zwany „Szminką”

Pobyt w Göteborgu był czasem odpoczynku od morskiej huśtawki i przygotowywania jachtu do śródlądowej żeglugi. Zająć się trzeba było zwłaszcza silnikiem, który miał przejąć rolę podstawowego napędu. Samo miasto oferuje wiele atrakcji – jest przecież posiadającym długą historię ważnym ośrodkiem przemysłowym, handlowym, administracyjnym. Mieści się tu dużo instytucji kultury i muzeów.

Karol IX na koniu

My postanowiliśmy udać się do znajdującego się na obrzeżach muzeum Volvo założonego przy siedzibie koncernu tej kultowej w Szwecji marki. Wizyta w tym obiekcie to nie lada gratka dla wszystkich miłośników motoryzacji, może również przypaść do gustu tym, którzy lubią retro-klimaty. Zachwycają zwłaszcza stare modele samochodów.

Innym miejscem, które okazało się warte odwiedzenia był Trädgårdsföreningen – park – ogród z XIX-wieczną palmiarnią. Miejsce chętnie wybierane przez mieszkańców miasta na popołudniowe i świąteczne spacery. Poza tym miasto charakteryzuje się dość monumentalną architekturą, licznymi pomnikami oraz obiektami czyniącymi przestrzeń publiczna ciekawszą ( kolorowe mozaiki w przejściach podziemnych), a najbardziej niesamowitym elementem miejskiego krajobrazu są skały wkomponowane w tutejszą zabudowę. Nie odnalazłam w nim jednak „duszy”, tego nieuchwytnego uroku, którym zazwyczaj zachwycają miasta o długiej i bogatej historii. Być może to po prostu kwestia gustu.

Trädgårdsföreningen kolorowy ogród w centrum wielkiego miasta

Zobaczyliśmy zaledwie mały wycinek Göteborga, jednak wystarczył nam, żeby się nim nasycić. Hałas, tłumy ludzi, porozrzucane śmieci i intensywny ruch, charakterystyczne dla dużych ośrodków to przecież coś, przed czym uciekamy (przynajmniej jeśli chodzi o część załogi, są bowiem wśród nas tacy, którzy czują się jak ryba w wodzie w wielkomiejskiej rzeczywistości;))!

Kiedy uzupełniliśmy zapasy żywności, zrobiliśmy pranie, przygotowaliśmy silnik, z ulgą oddaliśmy cumy, żeby skierować nasz pływający dom w zupełnie inny świat…

P.S. Głośne zgromadzenie, które nas tak rozproszyło przy podchodzeniu do portu miało liczne, także lądowe odpowiedniki – przyozdobione ciężarówki, kabriolety, wszystkie z krzyczącą młodzieżą. Wielu z uczestników zabawy było obdarowywanych kwiatami, maskotkami zawieszanymi na szyi, a towarzyszące im rodziny w odświętnych strojach nosiły transparenty ze zdjęciami dzieci. Po jakimś czasie stało się jasne, że oto zakończenie nauki świętują szwedzcy uczniowie szkół średnich.

P.S.2 Ciekawostką może być wymowa nazwy miasta w języku gospodarzy. Polecamy sprawdzić 😉

Kattegat już kipi pod Anholt Grund

Cieśniny Kattegat i Skagerrak budzą wśród żeglarzy duży respekt. To już w końcu przedsionek Morza Północnego! Ja zapamiętałem ten rejon z rejsu na Zawiszy Czarnym do Oslo jako miejsce, gdzie fala dawała się nieco we znaki.
Kiedy więc przy sporym rozkołysie mijaliśmy przylądek Kullen, za którym zaczyna się Kattegat, zastanawiałem się co przyniosą następne dni żeglugi.

Przylądek Kullen niczym Horn. Za nim już groźny Kattegat

Na początku, nieprzypadkowo, trafiliśmy do uroczego porciku w miejscowości Torekov, który leży naprzeciwko wyspy Hallands Väderö. Jest ona rezerwatem przyrody, jednak niestety nie mieliśmy czasu na eksplorację jej pięknych zakątków. Zapowiadało się kilkudniowe okno pogodowe dające szansę dość szybkiego przeskoku do Göteborga w sprzyjających warunkach – postanowiliśmy je wykorzystać.

Nieprzypadkowo trafiliśmy do uroczego porciku w miejscowości Torekov

Z samego rana wyruszyliśmy w dalszą drogę po gładkim jak stół morzu. Wkrótce złapaliśmy północno – zachodnie podmuchy, a nieco później przyjemne 10 węzłów pozwalające na żeglugę ostrym bajdewindem.
Mimo, że po południu wiatr był już dość silny i coraz bardziej z północy, co wymusiło halsowanie, ten dzień możemy zaliczyć do jednych z najpiękniejszych żeglarsko podczas dotychczasowego rejsu.
Noc spędziliśmy w niewielkim porcie rybackim Glommen, który z rybakami współdzieli klub żeglarski. Lokalną ciekawostką jest głaz narzutowy Glumstenen wspominany już 1000 lat temu przez wikingów, a przez wieki używany jako obiekt nawigacyjny.

Lokalną ciekawostką jest głaz narzutowy Glumstenen

Kolejny dzień przypomniał nam, że Kattegat to nie jezioro. Po całej nocy dość silnego wiatru z NNW, po raz kolejny, dał się we znaki znaczny rozkołys. Blisko 40 milowy odcinek pokonaliśmy w ok. 10 godzin.
Wieczorem wiatr tężał, a przed Tinosowym dziobem wyrosło mrowie miejscowych jachtów, które jakby czekały na świeżą bryzę. Nasza genua (ponad 20m², bez rolera), wystawiona na spinakerbomie ciągnęła jak na regatach, a demontaż całej „instalacji” na fali pomiędzy skalistymi wysepkami kosztował trochę nerwów. W nagrodę załoga zafundowała kapitanowi pizzę w marinie Lerkil  😉

Z pełnym wiatrem

Do Göteborga pozostało już tylko niecałe 20 mil. Jednak ponownie zapowiedź silnego wiatru po południu zmusiła nas do wyruszenia skoro świt. Kattegatowa fala zdawała się szukać każdej wyrwy pomiędzy wyspami, które działają niczym falochron. Kiedy więc w końcu, niemalże serfując, weszliśmy w dobrze osłonięte szkiery i na tor wodny prowadzący do centrum miasta, poczuliśmy sporą ulgę. Koniec kołysania na jakiś czas…

Z deszczu pod rynnę. Skończyły się fale, zaczął się ruch wszelkiego rodzaju jednostek pływających

Skania w pigułce

Cumując przez kilka dni w Helisngør codziennie patrzyliśmy na drugi brzeg cieśniny, gdzie leży szwedzkie miasto Helsingborg. Naszej uwadze nie mogły ujść promy kursujące między brzegami, tym bardziej, że częstotliwość ich rejsów dała się nam we znaki przy podchodzeniu do portu, kiedy musieliśmy przeciąć tak intensywnie uczęszczaną trasę. Postanowiliśmy więc skorzystać z tej przeprawy i spojrzeć na Sund z innej perspektywy. Tym bardziej, że siła wiatru sprawiała, iż wychodzenie Tinosem mogłoby być co najmniej nieprzyjemne.

Podróż na drugą stronę cieśniny była okazją do ciekawych obserwacji, nie tylko jeśli chodzi o widoki 😉

Wyprawa na szwedzką stronę dostarczyła nam paru ciekawych obserwacji. Pierwszą było z pewnością doświadczenie atmosfery tutejszego intensywnego ruchu transgranicznego. Przed każdym promem ustawiały się tłumne kolejki, a pokłady samochodowe wypełniane były po brzegi wszelkimi pojazdami od rowerów po ciężarówki potocznie zwane tirami. Zadziwiał też rozmach, z jakim ta podróż przebiega. Wyobraźnia mogłaby podpowiadać, że ok. dwudziestominutowy rejs to po prostu szybka przeprawa na drugą stronę  w celach turystycznych, tranzytowych czy po prostu w ramach życia codziennego sąsiadujących państw. Od Jerzego Kulińskiego dowiedzieć się można, że istotnym elementem ruchu są wyprawy po zakupy. Tymczasem podróż ta jest czymś więcej niż tylko techniczną zmianą miejsca pobytu. Prom bardziej niż środek transportu przypomina pełne knajpek, restauracji i barów centrum handlowe, względnie wycieczkowiec. Szybko uznaliśmy, że o ile robienie zakupów w korzystniejszych niż we własnym państwie cenach (z Danii do Szwecji wiezione były prawdziwe transporty rozmaitych alkoholi, niesionych w skrzynkach, popychanych na wózkach itp.) ma swoje praktycznie uzasadnienie, to  krótki rejs nie wystarczy na delektowanie się specjałami pokładowej kuchni. Od razu pojawiło się pytanie czy przypadkiem niektórzy pasażerowie nie „zaliczają” kilku rund rejsu. Jak okazało się, nasze obserwacje były słuszne. O zjawisku tym przeczytałam parę dni później  w książce „I cóż, że o Szwecji” Natalii Kołaczek, która towarzyszy mi w podróży. Autorka wyjaśnia, że podróżowanie na linii Helsingør-Helsingborg bez opuszczania pokładu określane jest specjalnym terminem „att tura”. Oczywiście zakupy alkoholu to istotny element tych podróży.

Sam Helsingborg też okazał się ciekawym miastem. Jego historia sięga XI w. Był duńską osadą obronną i miastem. Wprawdzie nie zachowało się zbyt wiele z najstarszej tkanki miejskiej, gdyż lata duńsko-szwedzkich walk o południe Półwyspu Skandynawskiego odcisnęły się  na zabudowie, jednak stare miasto wciąż warte jest zwiedzenia. Z najstarszych zabytków można np.  obejrzeć  wieżę Kärnan – pozostałość po dawnych fortyfikacjach – która jest obecnie symbolem miasta. Z jej szczytu roztacza się niezwykły widok na Helsingborg, cieśninę i jej duński brzeg.

Wzgórze, na którym wznosi się Kärnan oraz sama wieża to doskonały punkt widokowy na miasto i duński brzeg

Szczególnie miło wspominamy wizytę w Fredriksdals friluftsmuseum – parku będącym połączeniem skansenu z ogrodem botanicznym. Miejsce reklamowane jest jako Skania w miniaturze. Ta równinna, urodzajna kraina, nota bene przez długie lata należąca do Danii, rozciąga się na południu Półwyspu Skandynawskiego i czasem określana jest jako „spiżarnia Szwecji”. Jest krajem przede wszystkim pól uprawnych i zielonych zagajników.

W parku nie mogło zabraknąć zwierząt hodowlanych
W ogrodach zgromadzono natomiast i opisano naturalne dla tego regionu rośliny uprawne i dzikie

Zwiedzającym udostępniono wiejską chałupę i różne zabudowania gospodarcze, w których można oglądać wyposażenie lub wystawy prezentujące dawne życie w regionie.

Perełką obiektu jest dworek szlachecki z XVIII w. Został zbudowany jako wiejska rezydencja, ale stał się prawdziwą wiejską posiadłością z farmą, parkiem i ogrodami.

Wiejskie oblicze dawnej Skanii
Osiemnastowieczna rezydencja to punkt centralny całego założenia
Zachwyca szczególnie wnętrze dworu
…a zwiedzający są zachęcani do siadania na fotelach, oglądania książek, i poprzez eksplorację wnętrza poznawanie historii mieszkających tu niegdyś rodzin

W ramach parku urządzono też „zakątek miejski”, gdzie odtworzono uliczkę z pierwszej połowy XX w. Znaleźć przy niej można m.in. kawiarnię, gabinety lekarskie, zakłady rzemieślnicze itp. urządzone i wyposażone wg ówczesnych standardów.

Parkan przy „miejskiej uliczce” obklejony plakatami i ogłoszeniami z epoki
Klimatyczne czy przerażające wnętrze gabinetu stomatologicznego? Zdania był podzielone 😉

W Helsingborgu spędziliśmy jedno popołudnie, by wrócić do naszego portu u bram zamku Kronborg. Wkrótce jednak mieliśmy pozostawić Danię, by na dłużej zawitać w Szwecji.

W odwiedzinach u Hamleta

Na północy Zelandii, w miejscu gdzie jej linia brzegowa wcina się w morze wysuniętym na wschód cyplem, od wybrzeży Półwyspu Skandynawskiego dzieli ją tylko ok. 2 mil morskich. Tego właśnie wąskiego przesmyku strzegł potężny zamek, dziś będący jednym z najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Nieopodal twierdzy, prawie pod samymi jej murami, znajdują się port i marina. Czy takiego miejsca mogło zabraknąć na trasie naszej żeglugi?
Do duńskiego Helsingør przygnał nas sprzyjający wiatr i morski prąd, który momentami zwiększał prędkość jachtu o półtora węzła. Ponadto zapowiadana sztormowa pogoda miała obfitować w wiatry wiejące z zachodu, toteż przystań na duńskim brzegu cieśniny była korzystniejsza, niż po przeciwnej stronie Sundu. Dzięki temu na niemal tydzień staliśmy się mieszkańcami „kwatery” z widokiem na zamek rozsławiony przez samego Szekspira jako Elsynor.

Po raz pierwszy zamek ujrzeliśmy od strony morza

Dziś opis zabytku nie może obyć się bez nazwania go „zamkiem Hamleta”. Niektórzy kąśliwie dodają, iż sam Szekspir zapewne nigdy go nie odwiedził. Niemniej jednak, zamek Kronborg, bo o nim mowa, to przede wszystkim perła architektury, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Budowla powstała za panowania króla Frederika II (ur. 1534, zm. 1588 r.) w miejscu starszej warowni pochodzącej z czasów Eryka Pomorskiego. To symbol duńskiego panowania nad cieśninami łączącymi Bałtyk z Morzem Północnym (za żeglugę Sundem pobierano opłatę), siedziba królów, później więzienie i koszary. Jego widoczna z daleka sylwetka z pewnością musiała niegdyś budzić w podróżujących szacunek, a może i lęk. Dziś budzi przede wszystkim podziw. Zachwyca zwarta, proporcjonalna bryła, która jest wspaniałym przykładem skandynawskiego renesansu, a wizyta na zamku sprawia, że miejsce na długo pozostaje w pamięci. Udostępnione sale są wyposażone w przejrzyste opisy, a na turystów, w tym najmłodszych, co jakiś czas czekają niespodzianki, które pozwalają nieco wyjść poza ramy typowo „muzealnego” klimatu. Można np. zbudować swój zamek z klocków Lego, spróbować pisania gęsim piórem, zagrać w szachy, ułożyć puzzle z historyczną mapą, czy wyszyć swój inicjał na płótnie. W sali balowej, zresztą bardzo imponującej, przygotowano gablotę zawierająca makietę sali z zastawionymi do uczty stołami, po której poruszają się… hologramy historycznych postaci!

Sala balowa zamku Kronborg

Kolejna przygoda czeka zwiedzających w podziemiach, których labirynt można przemierzać z latarką i samodzielnie odkrywać tajemnice przeszłości. To właśnie w tych podziemiach ma znajdować się miejsce gdzie Holgera Danske (Ogier Duński) – legendarny bohater , znany m.in. z Pieśni o Rolandzie, śpi zaklęty w kamień, by zbudzić się, gdy Dania znajdzie się w potrzebie. Brzmi trochę znajomo, prawda?

Kolejna przygoda czeka zwiedzających w podziemiach

Ciekawostką, a dla żeglarzy istotą informacją, jest fakt, że jedna z wież zamku jest również latarnią morską [OC(2) WRG 6s 15-12M].

Na maszcie powiewa Danneborg – duńska flaga o sięgającym XIII w. rodowodzie i owianych legendą poczatkach, pierwowzór innych flag skandynawskich

Sam Helsingør to natomiast urokliwe miasteczko, którego atutem są nie tylko perły architektury (oprócz Kronborga na uwagę zasługuje m.in. klasztor karmelitów z XV w. prawdopodobnie najlepiej zachowany w całej Skandynawii, średniowiecza katedra Św. Olafa czy neoklasycystyczny pałac Marienlyst). Ładne plaże, przy dobrej pogodzie mogą przywodzić na myśl wybrzeże morza Śródziemnego. W mieście działa też muzeum morskie, a w porcie przycumowane są zabytkowe okręty. Nam udało się również obejrzeć wspaniały norweski Sørlandet – najstarszą użytkowaną fregatę, zbudowaną w 1927 r.

Norweski Sørlandet z wizytą w Helsingør

W stolicy Danii

Choć w porównaniu do innych stolic świata Kopenhaga może wydawać się stosunkowo niewielka, w Danii to prawdziwa metropolia. Leżące na Zelandii, a także częściowo na niewielkiej wyspie Amager miasto posiada długą historię, jest ważnym ośrodkiem przemysłowym i kulturalnym, węzłem komunikacyjnym i celem odwiedzin ogromnych rzesz turystów. Przybywając ze spokojnej duńskiej prowincji, mogliśmy na własnej skórze odczuć kontrast między leniwym życiem małych miasteczek, a rozedrganą rzeczywistością stolicy. Ogarniała nas ona w miarę zbliżania się do jej wybrzeży. Wzmożony ruch w Sundzie wymagał zwiększonej czujności. Konieczna była, by nie wejść na kurs kolizyjny z którymś z potężnych statków idących torem wodnym. Pomiędzy nimi krążyły niewielkie, ale szybkie motorówki, a nad głowami przelatywały samoloty podchodzące do lądowania na międzynarodowym lotnisku Kopenhaga – Kastrup. Marina, którą wybraliśmy położona była właśnie w jego pobliżu. Ruch w niej również był większy niż w dotychczas odwiedzanych. Wiedzieliśmy, że oto wita nas wielki świat.

Poza utartymi szlakami turystycznych eskapad można było znaleźć odrobinę spokoju

Z portem Kastrup sąsiaduje nowoczesne oceanarium, którego zwiedzanie było jedną z atrakcji naszego pobytu. Byliśmy również w centrum stolicy, czyli miejscu, gdzie mieszają się kultury (na głównym deptaku starego miasta Kopenhagi trafiliśmy na głoszącego nauki imama, oraz hałaśliwy pochód europejskich czcicieli Kryszny), a w murach imponujących zabytków zaklęte są wieki historii. Spacerowaliśmy też po Ogrodach Tivoli, których długa historia nadaje ich jarmarcznemu kiczowi na swój sposób nobliwy charakter.

Ogrody Tivoli powstały w 1843 r. i są barwnym punktem na mapie Kopenhagi

Kiedy przyszedł czas by ruszyć w dalszą drogę, przeprawiliśmy się na położoną kilka mil od brzegu wyspę-twierdzę Flakfortet. Ten wybudowany w drugiej dekadzie XX w. obiekt strzegł niegdyś duńskich interesów w Sundzie. Obecnie jest miejscem weekendowych wycieczek mieszkańców Kopenhagi i przystanią dla żeglujących przez cieśninę jachtów. Dla nas krótki rejs na wyspę był jednocześnie przeniesieniem się w inną rzeczywistość. Rzeczywistość miejsca odległego od wielkomiejskich spraw, będącego przy tym świetnym punktem obserwacyjnym tychże. Wrażeniu takiemu sprzyjała z pewnością przedsezonowa pustka, gdyż w niewielkiej przystani oprócz nas na noc pozostał zaledwie jeden jacht z dwuosobową załogą. Mogliśmy więc swobodnie spacerować po zielonych, porośniętych kwitnącymi o tej porze lilakami wzgórzach, które kryją w sobie plątaninę tuneli i pozostałości po dawnej wojskowej infrastrukturze. W ich części urządzono restaurację, a także zaadoptowano na zaplecze mieszkalno-gospodarcze. Pozostałe pozostawiono otwarte do zwiedzania. Ich przemierzaniu towarzyszył dreszczyk emocji. Zwłaszcza, że tylko w znikomej części zainstalowano oświetlenie. Resztę skrywał mrok, a wyobraźnia potęgowała nastrój grozy.

Nade wszystko jednak niezapomniany był widok na duński i szwedzki brzeg, wyspy pomiędzy nimi oraz to co się dzieje na wodzie, a wszystko oświetlone promieniami powoli zmierzającego ku zachodowi słońca.

Widok ze szczytu Flakfortet na tętniący życiem duński brzeg Sundu

Sztorm to wiatr, co dmucha z gestem…

Tym razem wpis zdradzający nieco tajniki żeglowania, a właściwie jego planowania. Mam nadzieję, że zainteresuje nie tylko starych wilków morskich, ale także niektórych spośród szczurów lądowych 🙂

Planowanie rejsu to m.in. analizowanie prognoz pogody. My od dawna korzystamy głównie z prognoz numerycznych, a konkretnie z modelu ECMWF (Europejskie Centrum Średnioterminowych Prognoz Pogody), który jako podstawowy obsługuje aplikacja Windy (uwaga – to nie jest post sponsorowany :)). Praktyka pokazuje bardzo wysoką sprawdzalność tego modelu, przynajmniej w naszych szerokościach.
Na potrzeby obecnego rejsu wykupiliśmy opcję „premium”, dzięki czemu mamy dostęp do aktualizacji  cztery razy na dobę.
Planując wyruszyć następnego dnia po raz ostatni sprawdzamy najświeższe prognozy ok. godz. 21.30 i jeszcze raz nad ranem tuż przed opuszczeniem portu. Oczywiście, jeśli idziemy blisko brzegu i mamy dostęp do Internetu, możemy pobierać aktualizacje na bieżąco.

Najważniejsza informacja – godzina aktualizacji danych

W opcjach zawsze zaznaczamy „porywy wiatru”, co lepiej odzwierciedla realną sytuację na morzu, choć przy słabych wiatrach daje złudną nadzieję, że powieje lepiej niż w rzeczywistości. Analizujemy też wysokość fal. Te prognozy nie są już tak dokładne. Trzeba wziąć poprawkę na rozkołys powstały w wyniku długotrwałego wiatru z kierunku innego niż obecny. Poza tym pamiętamy, że co któraś fala jest wyższa. Nie ma to większego znaczenia jeśli żeglujemy z falą. Kiedy jednak przyjdzie płynąć w kierunku przeciwnym, szybko okazuje się, że prognozowana niewielka fala o wysokości 0,5 m w praktyce oznacza co pewien czas „skakanie” dziobu o metr (różnica pomiędzy doliną, a grzbietem fali), a to już dla małego jachtu (i jego załogi) bardzo niekomfortowa sytuacja. Zdarzało nam się wrócić do portu, jeśli napotkaliśmy podobne warunki.
Na koniec analizujemy także dane o deszczu i możliwych burzach. Bardzo przydatną warstwą w Windy jest „Radar & Satelita”, która pokazuje na żywo (podobnie jak na radarze, którego niestety nie mamy) informacje o przesuwających się chmurach deszczowych i komórkach burzowych, łącznie z wizualizacją wyładowań atmosferycznych.

Co więc robimy, kiedy prognozowane warunki wyglądają tak?

Porywy do 8°B zatrzymują w porcie nawet duże jachty

Czekamy w porcie na lepsze czasy 🙂 Trzeba zaznaczyć, że sztormowanie
w porcie i sam port na tę okazję też trzeba dobrze przemyśleć, ale to już inna opowieść…

Na wyspach Danii

Duńska część trasy naszej wyprawy wiedzie przez dwie z licznych wysp leżących na Morzu Bałtyckim pomiędzy Półwyspem Jutlandzkim, a Skandynawskim. Pierwsza to wspominana już wcześniej Møn, która słynie przede wszystkim z imponujących kredowych klifów wznoszących się miejscami ponad 100 m nad poziom oblewających je turkusowych wód Bałtyku. Tworzą one nie tylko niezwykłą scenerię, ale są też świadectwem zachodzących na naszej planecie nieustannych zmian i procesów, które ukształtowały jej obecne oblicze. Nic dziwnego, że teren ten jest doskonałym celem wycieczek. W okolicy wytyczono liczne szlaki spacerowe prowadzące m.in. drewnianymi kładkami i schodami pozwalającymi zejść na brzeg morza. Utworzono tu także muzeum – Geocenter, które z wykorzystaniem najnowszych technologii wspaniale prezentuje przeszłość naszego globu.

Wyspa Møn słynie przede wszystkim z imponujących kredowych klifów wznoszących się miejscami
ponad 100 m nad poziom oblewających je turkusowych wód Bałtyku

Żeby z bliska zobaczyć wspomniane wyżej cuda natury, musieliśmy z naszej przystani w Klintholm pokonać ok. 7 km, co udało się nam uczynić mimo kłopotów z wypożyczonymi rowerami i wiatru, którego siła bardzo mocno utrudniała jazdę. Po drodze mijaliśmy zielone, częściowo zalesione wzgórza, a także łąki i pastwiska, pośród których gdzieniegdzie znajdowały się rozrzucone niczym zabawki domy. Krajobraz był iście sielankowy, a w powietrzu unosił się zapach wiosennych kwiatów. Czas spędziliśmy niezwykle intensywnie, a aktywnemu odpoczynkowi sprzyjał brak tłumów, które zapewne pojawią się w tym miejscu w szczycie sezonu.

Krajobraz był iście sielankowy

Po paru dniach przerwy na Møn, bez komplikacji dobiliśmy do przystani w niedużym miasteczku Rødvig leżącym na najważniejszej wyspie Danii – Zelandii. Tu również spędziliśmy trochę czasu, tym razem w sąsiedztwie klifów Stevns Klint, w miejscu gdzie życie toczy się spokojnym torem, z dala od wielkomiejskiego pośpiechu. To była chwila wytchnienia, gdyż kolejnym etapem miał być pobyt w zgoła odmiennym otoczeniu.