Rodzinne żeglowanie na s/y Tinos

Miesiąc: czerwiec 2022 (page 1 of 1)

Rejs oczami dzieci

Czteromiesięczna podróż to nie są zwykłe wakacje. Co pomyśleliście, kiedy po raz pierwszy usłyszeliście o tym pomyśle?

Łucja:
Prawdę mówiąc nie byłam przekonana do niego. Stresowałam się jak moją nieobecność odbiorą koleżanki, a także nauczyciele w szkole. Nie wiedziałam jak to będzie, kiedy ominie mnie sporo codziennego życia szkolnego. Chociaż plan mi się podobał, to te obawy i stres brały górę. Naprawdę zaczęłam myśleć na spokojnie o wyjeździe po tym, jak powiedziałam koleżankom w klasie o naszych planach, a rodzice porozmawiali z wychowawczynią i panią dyrektor.

Łukasz:
Na pewno się zdziwiłem i ucieszyłem. Wiedziałem, że będę miał wolne od szkoły dużo wcześniej niż zwykle 🙂

Przepłynęliśmy już ponad 500 mil morskich, czyli niemal 1000 kilometrów. Odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc. Wymień po dwa, według Ciebie, najbardziej interesujące przyrodniczo i te będące dziełem człowieka.

Łucja:
To trudne pytanie. Z przyrodniczych na pierwszym miejscu, jak dotąd, wymieniłabym zatokę Djäknasundsviken na jeziorze Wetter, gdzie mieliśmy okazję spędzić dwa cudowne dni w naturalnym porcie cumując do skał. Pływaliśmy kajakiem kilkaset metrów na małą plażę w innej zatoczce, która wyglądem przypominała krajobraz rajskich wysp.
Drugie miejsce najbardziej atrakcyjne przyrodniczo to wyspa Håholmen na jeziorze Wener. Tam, na kompletnym odludziu, rozwiesiliśmy moją szarfę do gimnastyki powietrznej i miałam, po raz pierwszy, okazję na niej potrenować. Jest jeszcze jedno miejsce, równie piękne, to Dalbergså gdzie oprócz urokliwego portu, mieliśmy okazję oglądać prehistoryczne rysunki naskalne.
Z miejsc nieprzyrodniczych na pierwszym miejscu stawiam oceanarium w Kopenhadze, a na drugim kanał Göta, szczególnie te mniej intensywne odcinki, bez śluz, no i jeszcze zamki były ładne… ale miały być tylko dwa miejsca…

Łukasz:
Miejsca, według mnie, najciekawsze przyrodniczo to zatoka Djäknasundsviken i wyspa Håholmen, gdzie leżałem na hamaku i czytałem książkę pod szumiącymi sosnami z widokiem na jezioro.
Z miejsc będących dziełem człowieka wymieniłbym Park Tivoli w Kopenhadze oraz Sjötorp i Grönvik – tam były najlepsze boiska!

Wiemy, że przebywanie na tak małej przestrzeni jaką oferuję nasz jacht jest nie lada wyzwaniem.  Czy masz jakiś sposób, aby wygospodarować swój kącik, żeby mieć trochę prywatności?

Łucja:
Kiedy posprzątam swoją koję, na przykład poskładam ubrania, które są porozrzucane, ułożę odpowiednio śpiwór i poduszkę, udaje mi się stworzyć wygodny kącik, gdzie mogę w spokoju i komforcie poczytać lub odpocząć. Kiedy płyniemy lubię też chodzić na pokład dziobowy jachtu, żeby pobyć sama. Niestety, kiedy żeglujemy pod wiatr, na dziobie trochę wieje.

Łukasz:
Chyba najlepszy sposób, aby odciąć się od otoczenia, to założenie słuchawek i włączenie muzyki albo audiobooka. Ostatnio przesłuchałem książkę pt. „Zwiadowcy”.

Łucja na szarfie do gimnastyki powietrznej

Żeglowanie wiąże się nie tylko z błogim leniuchowaniem, ale także z odpowiedzialnymi zadaniami.
Czy pamiętacie jakiś moment kiedy czuliście, że Wasza pomoc na jachcie jest wyjątkowo potrzebna?

Łucja:
Tak, moja pomoc była potrzebna podczas śluzowania, szczególnie w kanale Trollhätte. Tam trzeba było przekładać cumy na kolejne szczeble drabinki lub następny poler. Pomagałam wówczas Mamie i przytrzymywałam bosakiem łódkę, żeby nie odpływała.

Łukasz:
Chyba najbardziej moja pomoc przydaje się podczas cumowania i operacji w śluzach. Wtedy często wychodzę na brzeg z cumą, którą trzeba zahaczyć o specjalne kółko, albo założyć „na biegowo”.

Które chwile podczas tej podróży były dla Ciebie najtrudniejsze?

Łucja:
Chyba te, w których kłóciłam się z bratem 🙂 Ale też fale na morzu. Było mi wówczas niedobrze i bolała mnie głowa.

Łukasz:
Kiedy płynęliśmy po morzu i były duże fale. No i podczas konfliktów z siostrą…

Które dostarczyły najwięcej radości?

Łucja:
To czas, który spędzaliśmy w dzikich zatoczkach, pływaliśmy kajakiem i kąpaliśmy się. Ale też wspólne wieczory spędzone podczas grania w „Bananagrams party” – grę polegającą na układaniu krzyżówek z liter. Wspominam również miło chwile, kiedy podziwialiśmy panoramę jeziora Wener siedząc na ławeczce, jak również wieczór w Helisnborgu i piękny widok na Sund.

Łukasz:
Kiedy byliśmy w Muzeum Volvo, Parku Tivoli, graliśmy w piłkę i miło spędzaliśmy czas w dzikich zatoczkach.

Czasami pomoc najmłodszego załoganta bywa niezbędna

Teraz pytanie z przymrużeniem oka. Jakie trzy przedmioty – urządzenia są, według Ciebie niezbędne podczas naszej wyprawy?

Łucja:
Mój kocyk, Kindle – czytnik e-booków. No i niezbędny jest też „kibelek”, czyli jachtowy kingston!

Łukasz:
„Bob” – nasz duży, kulisty odbijacz, który przydaje się podczas cumowania lub w śluzach. Niezbędne wydają się też: tablet z programem nawigacyjnym oraz silnik, bo bez niego nie moglibyśmy przemierzyć kanałów.

Spróbuj swojej koleżance / koledze zareklamować rejs taki jak nasz.

Łucja:
Warto wyruszyć w podróż taką jak ta, aby poznać uroki przyrody, zaznać spokoju, a także czasu kiedy nie trzeba wiele robić i można sobie „chillować”. Możesz zwiedzać ciekawe miasta, nauczyć się nowych rzeczy, spotkać fajnych ludzi z innych krajów. My np. spotkaliśmy bardzo sympatycznych Duńczyków, którzy zaprosili nas do zwiedzenia ich jachtu.
Na rejsie można się też uwolnić artystycznie. Ja zaczęłam pisać książkę, a siedząc w domu pewnie nie miałabym takiego natchnienia.
Jest to też odskocznia od codziennego zabiegania. Z pewnością także po powrocie docenię komfort życia lądowego 🙂

Łukasz:
Nie sądzę, żebym musiał komuś specjalnie reklamować taką przygodę! Gdybym jednak musiał to zrobić, opowiedziałbym o wszystkich wspaniałych miejscach, które po drodze można zobaczyć. Równie ważnym argumentem byłoby to, że można nieco wcześniej urwać się ze szkoły 🙂

Pożegnanie z morzem

Kiedy znaleźliśmy się wśród szkierów Göteborga, z jednej strony odetchnęliśmy z ulgą, z drugiej jednak musieliśmy szczególnie wytężyć naszą uwagę. Zaczął się ruch typowy dla wód okalających wielkie miasta. Do tego liczne skaliste wyspy, wysepki oraz podwodne skały sprawiały, że bezpiecznie poruszać się można było jedynie wąskim torem wodnym. Poza nim ryzyko uszkodzenia jachtu było zbyt duże. Puste, malownicze skały, zamieszkane głównie przez dzikie ptactwo, stopniowo ustępowały miejsca przedmieściom, portowym nabrzeżom oraz infrastrukturze przemysłowej i handlowej. Wreszcie, płynąc już wodami rzeki Göta, znaleźliśmy się w drugim co do wielkości mieście Szwecji. Tuż przed samym celem podróży, na który wybraliśmy marinę Lilla Bommen, napotkaliśmy jednak trudność, przed którą nie ostrzegały żadne locje, ani mapy.

Oto bowiem minął nas nieduży statek z głośną muzyką i tańczącą na pokładzie rozkrzyczaną młodzieżą. Wszyscy mieli charakterystyczne czapeczki, przypominające nieco te kojarzone z kapitańskim nakryciem głowy. Kiedy jednostka tuż przed nami podchodziła do nabrzeża, zobaczyliśmy czekający na nią kolorowy tłum. Z daleka widoczne były transparenty, słychać było okrzyki. Próbując dociec charakteru tego zgromadzenia osiągnęliśmy główki portu, gdzie trzeba było zająć się manewrem cumowania. Wtedy też, do brzegu dobijał wspomniany wyżej statek, a na nabrzeżu zapanował istny karnawał. Wystrzeliwały fajerwerki (mimo dziennej pory), korki od szampanów, grała muzyka, a oba tłumy – przybywających i oczekujących – krzyczały w najlepsze. Wkrótce cała okolica obsypana była kolorowym konfetti rozmaitych kształtów. Z naszej perspektywy rozpętało się istne pandemonium, które uczyniło portowe manewry dość nerwowymi. Trudno było usłyszeć swoje myśli, a co dopiero wzajemnie przekazywane komunikaty. W końcu jednak udało się przybić do brzegu i zacumować alongside pomiędzy innymi jednostkami. Na trzy noce staliśmy się mieszkańcami centrum wielkiego miasta.

Göteborg i jego kanały

Z naszą mariną sąsiadował imponujących rozmiarów bark Viking – ponoć największy żaglowiec jaki kiedykolwiek zbudowano w Skandynawii (dziś pełniący rolę hotelu), gmach opery oraz wyróżniający się wysokością oraz brakiem urody wieżowiec (podobno, swego czasu, został uznany za najbrzydszy budynek Szwecji). Inną ciekawostką dzielnicy był P-Arken – wielopoziomowy statek -parking.

Lilla Bommen: z tyłu bark Viking, P-Aarken oraz wieżowiec zwany „Szminką”

Pobyt w Göteborgu był czasem odpoczynku od morskiej huśtawki i przygotowywania jachtu do śródlądowej żeglugi. Zająć się trzeba było zwłaszcza silnikiem, który miał przejąć rolę podstawowego napędu. Samo miasto oferuje wiele atrakcji – jest przecież posiadającym długą historię ważnym ośrodkiem przemysłowym, handlowym, administracyjnym. Mieści się tu dużo instytucji kultury i muzeów.

Karol IX na koniu

My postanowiliśmy udać się do znajdującego się na obrzeżach muzeum Volvo założonego przy siedzibie koncernu tej kultowej w Szwecji marki. Wizyta w tym obiekcie to nie lada gratka dla wszystkich miłośników motoryzacji, może również przypaść do gustu tym, którzy lubią retro-klimaty. Zachwycają zwłaszcza stare modele samochodów.

Innym miejscem, które okazało się warte odwiedzenia był Trädgårdsföreningen – park – ogród z XIX-wieczną palmiarnią. Miejsce chętnie wybierane przez mieszkańców miasta na popołudniowe i świąteczne spacery. Poza tym miasto charakteryzuje się dość monumentalną architekturą, licznymi pomnikami oraz obiektami czyniącymi przestrzeń publiczna ciekawszą ( kolorowe mozaiki w przejściach podziemnych), a najbardziej niesamowitym elementem miejskiego krajobrazu są skały wkomponowane w tutejszą zabudowę. Nie odnalazłam w nim jednak „duszy”, tego nieuchwytnego uroku, którym zazwyczaj zachwycają miasta o długiej i bogatej historii. Być może to po prostu kwestia gustu.

Trädgårdsföreningen kolorowy ogród w centrum wielkiego miasta

Zobaczyliśmy zaledwie mały wycinek Göteborga, jednak wystarczył nam, żeby się nim nasycić. Hałas, tłumy ludzi, porozrzucane śmieci i intensywny ruch, charakterystyczne dla dużych ośrodków to przecież coś, przed czym uciekamy (przynajmniej jeśli chodzi o część załogi, są bowiem wśród nas tacy, którzy czują się jak ryba w wodzie w wielkomiejskiej rzeczywistości;))!

Kiedy uzupełniliśmy zapasy żywności, zrobiliśmy pranie, przygotowaliśmy silnik, z ulgą oddaliśmy cumy, żeby skierować nasz pływający dom w zupełnie inny świat…

P.S. Głośne zgromadzenie, które nas tak rozproszyło przy podchodzeniu do portu miało liczne, także lądowe odpowiedniki – przyozdobione ciężarówki, kabriolety, wszystkie z krzyczącą młodzieżą. Wielu z uczestników zabawy było obdarowywanych kwiatami, maskotkami zawieszanymi na szyi, a towarzyszące im rodziny w odświętnych strojach nosiły transparenty ze zdjęciami dzieci. Po jakimś czasie stało się jasne, że oto zakończenie nauki świętują szwedzcy uczniowie szkół średnich.

P.S.2 Ciekawostką może być wymowa nazwy miasta w języku gospodarzy. Polecamy sprawdzić 😉

Kattegat już kipi pod Anholt Grund

Cieśniny Kattegat i Skagerrak budzą wśród żeglarzy duży respekt. To już w końcu przedsionek Morza Północnego! Ja zapamiętałem ten rejon z rejsu na Zawiszy Czarnym do Oslo jako miejsce, gdzie fala dawała się nieco we znaki.
Kiedy więc przy sporym rozkołysie mijaliśmy przylądek Kullen, za którym zaczyna się Kattegat, zastanawiałem się co przyniosą następne dni żeglugi.

Przylądek Kullen niczym Horn. Za nim już groźny Kattegat

Na początku, nieprzypadkowo, trafiliśmy do uroczego porciku w miejscowości Torekov, który leży naprzeciwko wyspy Hallands Väderö. Jest ona rezerwatem przyrody, jednak niestety nie mieliśmy czasu na eksplorację jej pięknych zakątków. Zapowiadało się kilkudniowe okno pogodowe dające szansę dość szybkiego przeskoku do Göteborga w sprzyjających warunkach – postanowiliśmy je wykorzystać.

Nieprzypadkowo trafiliśmy do uroczego porciku w miejscowości Torekov

Z samego rana wyruszyliśmy w dalszą drogę po gładkim jak stół morzu. Wkrótce złapaliśmy północno – zachodnie podmuchy, a nieco później przyjemne 10 węzłów pozwalające na żeglugę ostrym bajdewindem.
Mimo, że po południu wiatr był już dość silny i coraz bardziej z północy, co wymusiło halsowanie, ten dzień możemy zaliczyć do jednych z najpiękniejszych żeglarsko podczas dotychczasowego rejsu.
Noc spędziliśmy w niewielkim porcie rybackim Glommen, który z rybakami współdzieli klub żeglarski. Lokalną ciekawostką jest głaz narzutowy Glumstenen wspominany już 1000 lat temu przez wikingów, a przez wieki używany jako obiekt nawigacyjny.

Lokalną ciekawostką jest głaz narzutowy Glumstenen

Kolejny dzień przypomniał nam, że Kattegat to nie jezioro. Po całej nocy dość silnego wiatru z NNW, po raz kolejny, dał się we znaki znaczny rozkołys. Blisko 40 milowy odcinek pokonaliśmy w ok. 10 godzin.
Wieczorem wiatr tężał, a przed Tinosowym dziobem wyrosło mrowie miejscowych jachtów, które jakby czekały na świeżą bryzę. Nasza genua (ponad 20m², bez rolera), wystawiona na spinakerbomie ciągnęła jak na regatach, a demontaż całej „instalacji” na fali pomiędzy skalistymi wysepkami kosztował trochę nerwów. W nagrodę załoga zafundowała kapitanowi pizzę w marinie Lerkil  😉

Z pełnym wiatrem

Do Göteborga pozostało już tylko niecałe 20 mil. Jednak ponownie zapowiedź silnego wiatru po południu zmusiła nas do wyruszenia skoro świt. Kattegatowa fala zdawała się szukać każdej wyrwy pomiędzy wyspami, które działają niczym falochron. Kiedy więc w końcu, niemalże serfując, weszliśmy w dobrze osłonięte szkiery i na tor wodny prowadzący do centrum miasta, poczuliśmy sporą ulgę. Koniec kołysania na jakiś czas…

Z deszczu pod rynnę. Skończyły się fale, zaczął się ruch wszelkiego rodzaju jednostek pływających

Skania w pigułce

Cumując przez kilka dni w Helisngør codziennie patrzyliśmy na drugi brzeg cieśniny, gdzie leży szwedzkie miasto Helsingborg. Naszej uwadze nie mogły ujść promy kursujące między brzegami, tym bardziej, że częstotliwość ich rejsów dała się nam we znaki przy podchodzeniu do portu, kiedy musieliśmy przeciąć tak intensywnie uczęszczaną trasę. Postanowiliśmy więc skorzystać z tej przeprawy i spojrzeć na Sund z innej perspektywy. Tym bardziej, że siła wiatru sprawiała, iż wychodzenie Tinosem mogłoby być co najmniej nieprzyjemne.

Podróż na drugą stronę cieśniny była okazją do ciekawych obserwacji, nie tylko jeśli chodzi o widoki 😉

Wyprawa na szwedzką stronę dostarczyła nam paru ciekawych obserwacji. Pierwszą było z pewnością doświadczenie atmosfery tutejszego intensywnego ruchu transgranicznego. Przed każdym promem ustawiały się tłumne kolejki, a pokłady samochodowe wypełniane były po brzegi wszelkimi pojazdami od rowerów po ciężarówki potocznie zwane tirami. Zadziwiał też rozmach, z jakim ta podróż przebiega. Wyobraźnia mogłaby podpowiadać, że ok. dwudziestominutowy rejs to po prostu szybka przeprawa na drugą stronę  w celach turystycznych, tranzytowych czy po prostu w ramach życia codziennego sąsiadujących państw. Od Jerzego Kulińskiego dowiedzieć się można, że istotnym elementem ruchu są wyprawy po zakupy. Tymczasem podróż ta jest czymś więcej niż tylko techniczną zmianą miejsca pobytu. Prom bardziej niż środek transportu przypomina pełne knajpek, restauracji i barów centrum handlowe, względnie wycieczkowiec. Szybko uznaliśmy, że o ile robienie zakupów w korzystniejszych niż we własnym państwie cenach (z Danii do Szwecji wiezione były prawdziwe transporty rozmaitych alkoholi, niesionych w skrzynkach, popychanych na wózkach itp.) ma swoje praktycznie uzasadnienie, to  krótki rejs nie wystarczy na delektowanie się specjałami pokładowej kuchni. Od razu pojawiło się pytanie czy przypadkiem niektórzy pasażerowie nie „zaliczają” kilku rund rejsu. Jak okazało się, nasze obserwacje były słuszne. O zjawisku tym przeczytałam parę dni później  w książce „I cóż, że o Szwecji” Natalii Kołaczek, która towarzyszy mi w podróży. Autorka wyjaśnia, że podróżowanie na linii Helsingør-Helsingborg bez opuszczania pokładu określane jest specjalnym terminem „att tura”. Oczywiście zakupy alkoholu to istotny element tych podróży.

Sam Helsingborg też okazał się ciekawym miastem. Jego historia sięga XI w. Był duńską osadą obronną i miastem. Wprawdzie nie zachowało się zbyt wiele z najstarszej tkanki miejskiej, gdyż lata duńsko-szwedzkich walk o południe Półwyspu Skandynawskiego odcisnęły się  na zabudowie, jednak stare miasto wciąż warte jest zwiedzenia. Z najstarszych zabytków można np.  obejrzeć  wieżę Kärnan – pozostałość po dawnych fortyfikacjach – która jest obecnie symbolem miasta. Z jej szczytu roztacza się niezwykły widok na Helsingborg, cieśninę i jej duński brzeg.

Wzgórze, na którym wznosi się Kärnan oraz sama wieża to doskonały punkt widokowy na miasto i duński brzeg

Szczególnie miło wspominamy wizytę w Fredriksdals friluftsmuseum – parku będącym połączeniem skansenu z ogrodem botanicznym. Miejsce reklamowane jest jako Skania w miniaturze. Ta równinna, urodzajna kraina, nota bene przez długie lata należąca do Danii, rozciąga się na południu Półwyspu Skandynawskiego i czasem określana jest jako „spiżarnia Szwecji”. Jest krajem przede wszystkim pól uprawnych i zielonych zagajników.

W parku nie mogło zabraknąć zwierząt hodowlanych
W ogrodach zgromadzono natomiast i opisano naturalne dla tego regionu rośliny uprawne i dzikie

Zwiedzającym udostępniono wiejską chałupę i różne zabudowania gospodarcze, w których można oglądać wyposażenie lub wystawy prezentujące dawne życie w regionie.

Perełką obiektu jest dworek szlachecki z XVIII w. Został zbudowany jako wiejska rezydencja, ale stał się prawdziwą wiejską posiadłością z farmą, parkiem i ogrodami.

Wiejskie oblicze dawnej Skanii
Osiemnastowieczna rezydencja to punkt centralny całego założenia
Zachwyca szczególnie wnętrze dworu
…a zwiedzający są zachęcani do siadania na fotelach, oglądania książek, i poprzez eksplorację wnętrza poznawanie historii mieszkających tu niegdyś rodzin

W ramach parku urządzono też „zakątek miejski”, gdzie odtworzono uliczkę z pierwszej połowy XX w. Znaleźć przy niej można m.in. kawiarnię, gabinety lekarskie, zakłady rzemieślnicze itp. urządzone i wyposażone wg ówczesnych standardów.

Parkan przy „miejskiej uliczce” obklejony plakatami i ogłoszeniami z epoki
Klimatyczne czy przerażające wnętrze gabinetu stomatologicznego? Zdania był podzielone 😉

W Helsingborgu spędziliśmy jedno popołudnie, by wrócić do naszego portu u bram zamku Kronborg. Wkrótce jednak mieliśmy pozostawić Danię, by na dłużej zawitać w Szwecji.